„Mój dom, moje zasady”. To jedno zdanie buduje mur między rodzicami a dziećmi
To jedno zdanie pada w polskich domach zaskakująco często. Wypowiadane w emocjach, niby porządkuje sytuację, a tak naprawdę zamyka rozmowę. Usłyszałam je niedawno i od tamtej pory nie mogę przestać o nim myśleć. Bo „mój dom, moje zasady” potrafi wyrządzić więcej szkody, niż się wydaje.

Byłam u znajomych na kolacji. Zwykłe, rodzinne spotkanie – dzieci bawiły się w pokoju obok, dorośli rozmawiali przy stole. W pewnym momencie kilkuletni syn gospodarzy przyszedł do kuchni i zapytał, czy może pograć z moją córką na konsoli. Nie krzyczał, nie marudził – po prostu zapytał.
Odpowiedź przyszła szybko i bez wahania: „Wiesz, że na konsoli gramy tylko w soboty. Mój dom, moje zasady. Idź się bawić”.
Zapadła cisza. Chłopiec spuścił wzrok i wyszedł z kuchni. Bez słowa. Widziałam po nim, że nie chodziło o brak zgody. Chodziło o sposób. O to, że jego pytanie zostało zgaszone jednym zdaniem, które nie zostawia miejsca na rozmowę.
„Mój dom, moje zasady” – granica czy mur?
Rozumiem potrzebę stawiania granic. Każdy rodzic ma do tego prawo. Problem w tym, że to zdanie rzadko służy wyjaśnianiu czegokolwiek. Ono kończy dyskusję. Komunikuje dziecku jedno – nie jesteś partnerem do rozmowy, nie muszę tłumaczyć swoich decyzji.
Dla dorosłego to skrót myślowy. Dla dziecka – jasny sygnał, że jego potrzeby, emocje i zdanie nie są warte uwagi. Zamiast uczyć dialogu, uczymy podporządkowania. Zamiast relacji – hierarchii opartej na władzy.
Najbardziej uderzyło mnie to, jak bardzo to zdanie oddala. Nie wyznacza zdrowych granic, tylko buduje mur, przez który później trudno się przebić, gdy dziecko dorasta i przestaje chcieć rozmawiać.
Można inaczej – bez utraty autorytetu
Autorytet rodzica nie bierze się z zamykania ust. Bierze się z konsekwencji, spokoju i umiejętności rozmowy. Można było powiedzieć: „Rozumiem, że chcesz pokazać Zosi swoje gry, ale wiesz, że mamy ustalone zasady. Może wyjmę z szafki Twoje ulubione klocki i coś poukładacie?”.
To wciąż jasna granica. Ale z szacunkiem. Z uznaniem, że dziecko ma prawo pytać, negocjować, próbować. Bo tylko wtedy uczy się, że relacje nie polegają na dominacji, ale na rozmowie.
Od tamtej kolacji coraz częściej łapię się na tym, jak łatwo byłoby użyć tego zdania – i jak bardzo nie chcę tego robić. Bo dom to nie tylko zasady. To przede wszystkim relacje. A te buduje się słowami, które nie ranią i nie uciszają.
Zdanie „mój dom, moje zasady” bywa wypowiadane automatycznie, bez refleksji nad jego skutkami. Psychologowie od lat podkreślają, że dzieci potrzebują granic, ale jeszcze bardziej potrzebują poczucia bycia wysłuchanym. Granica postawiona z szacunkiem wzmacnia relację. Granica postawiona siłą – osłabia ją na lata.
Zobacz także: 5 zdań, które ranią dziecko najbardziej. Mówią je tylko nieświadomi rodzice