Moja córka jako jedyna w klasie nie ma WhatsAppa. Powód jest całkiem inny, niż wszyscy myślą
Kiedy dzieci w klasie mojej córki zaczęły umawiać się i rozmawiać wyłącznie na jednym komunikatorze, zrozumiałam, że prędzej czy później ona zapyta o to także mnie. I choć wielu rodziców uważa moją decyzję za dziwną, dla mnie jest ona jedną z najbardziej konsekwentnych wychowawczo decyzji, jakie podjęłam.

Kilka miesięcy temu wydarzyło się coś, co wielu rodziców zna aż za dobrze. Moja córka wróciła ze szkoły i powiedziała mimochodem: „Mamo, wszyscy z klasy piszą na WhatsAppie”.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden szczegół. Moja córka chodzi dopiero do czwartej klasy szkoły podstawowej.
I jest jedynym dzieckiem w klasie, które nie ma tej aplikacji.
Wiem, że dla wielu rodziców to już standard. Telefony pojawiają się w tornistrach coraz wcześniej, a komunikatory są naturalnym przedłużeniem szkolnych relacji. Jednak jakiś czas temu podjęłam decyzję, że moja córka nie będzie mieć dostępu do WhatsAppa ani innych mediów społecznościowych – i to nie tylko do przepisowych 13 lat. Najchętniej tak długo, jak tylko się da.
Nie dlatego, że chcę ją izolować od świata. Powód jest zupełnie inny.
Nie zgadzam się na WhatsAppa − zagrożenia w sieci to tylko poboczne powody
Zagrożenia związane z mediami społecznościowymi są dziś dość oczywiste. A przynajmniej powinny być.
Presja grupy, niekontrolowany kontakt z obcymi, hejt, nieustanne porównywanie się z innymi, uzależnienie od telefonu – to wszystko jest dobrze opisane i coraz częściej potwierdzane przez psychologów. W przypadku dzieci te mechanizmy działają jeszcze silniej, bo ich poczucie własnej wartości dopiero się kształtuje.
Dlatego od początku wiedziałam, że nie chcę wprowadzać tych narzędzi w życie mojego dziecka zbyt wcześnie.
Czwarta klasa to wciąż moment, kiedy dzieci powinny budować relacje przede wszystkim twarzą w twarz. Kłócić się na przerwach, godzić pięć minut później, bawić się razem na podwórku, a nie analizować każdą wiadomość wysłaną w klasowej grupie.
Ale coraz częściej myślę o zupełnie innym powodzie, gdy odmawiam córce zainstalowania WhatsAppa.
Presja „bo wszyscy mają” nie powinna wymuszać na nas decyzji
Presja wcale nie przychodzi tylko od dzieci. Pojawia się również wśród dorosłych. W rozmowach z innymi rodzicami często słyszę argument: „Przecież wszystkie dzieci już mają telefony i WhatsAppa”. Czasem ktoś dodaje: „Twoja córka będzie miała trudniej”, „Może ją coś ominąć”, „Poczuje się wykluczona”.
Rozumiem te obawy. Naprawdę.
Tyle że dla mnie byłoby to podjęcie decyzji z zupełnie niewłaściwego powodu. Ze strachu. Ze strachu, że moje dziecko będzie odstawać. Ze strachu, że coś jej umknie. Ze strachu przed opinią innych.
A przecież wychowanie nie powinno polegać na tym, że rezygnujemy z własnych przekonań tylko dlatego, że większość zdecydowała inaczej. Dziś to jest WhatsApp. Jutro mogą to być zupełnie inne rzeczy.

Wychowanie to także uczenie odwagi do własnych wartości
Dlatego coraz częściej myślę o tym, jaką lekcję chcę przekazać mojemu dziecku. Nie chodzi tylko o aplikację w telefonie. Chodzi o coś dużo ważniejszego.
Jeśli dziś pokażę jej, że trzeba robić to samo co wszyscy, nawet gdy czujemy, że to nie jest dla nas dobre – to dokładnie taką strategię zabierze ze sobą w dorosłość.
Dziś chodzi o komunikator. Za kilka lat może chodzić o używki. Albo o wydawanie pieniędzy ponad stan, żeby dorównać innym.
Nie chcę wychować dziecka, które podejmuje decyzje z poziomu presji. Chcę wychować dziewczynkę, która potrafi powiedzieć: „Nie, to nie jest dla mnie”. I która wie, że jej wartość nie zależy od tego, co ma.
Bo mam wrażenie, że dzisiaj bardzo łatwo wysłać dzieciom zupełnie inny komunikat. Że bycie „fajnym” zależy od telefonu, marki butów, liczby obserwujących czy dostępu do jakiejś aplikacji.
A przecież prawda jest zupełnie inna. Dzieci nie stają się bardziej wartościowe dlatego, że mają WhatsAppa. Tak samo jak nie stają się mniej wartościowe, kiedy go nie mają. I to jest dla mnie właśnie ta najważniejsza lekcja.
Zobacz też: 7 zdań, które mówią toksyczne matki. Brzmią jak miłość i troska, ale dla dziecka są jak cios w serce