„Nauczyciel nie potrzebuje perfum na mikołajki”. Rodzice oburzeni składką na prezenty
W redakcyjnej skrzynce wylądował list od mamy ucznia z podstawówki, która ma dość szkolnych składek na prezenty dla nauczycieli. Pisze wprost: mikołajki w klasie mają być świętem dzieci, a nie kolejną zbiórką pieniędzy, która dzieli rodziców i psuje atmosferę.

Autorka listu opisuje sytuację, która wielu rodzinom wyda się znajoma. Zbliżają się mikołajki, na klasowej grupie pojawia się propozycja składki. Tym razem na prezent dla wychowawczyni. Z pozoru drobiazg, ok. 30 zł złotych od osoby. Dla części rodziców temat jest oczywisty, nawet sympatyczny. Dla niej to moment, w którym włącza się czerwona lampka.
„To ma być radość dzieci, nie pokaz zamożności dorosłych”
„Mikołajki w szkole zawsze kojarzyły mi się z drobnymi upominkami dla dzieci, z ich śmiechem i tajemnicą, kto komu co sprezentował” – pisze mama. „A teraz mam wrażenie, że to kolejna okazja, żeby dorośli się zrzucili, a potem jeszcze przypilnowali, żeby prezent był efektowny”.
W jej słowach nie ma ataku na wychowawczynię. Jest raczej narastające zmęczenie mechanizmem, który z roku na rok robi się coraz cięższy do udźwignięcia. Kobieta podkreśla, że docenia pracę nauczycieli, sama nie raz mówi o tym dziecku, ale nie widzi sensu w tym, żeby każdą szkolną okazję zamieniać w zbiórkę na dorosłych.
Składka goni składkę, a rodzice są coraz bardziej podzieleni
W liście pada zdanie, które wybrzmiewa jak podsumowanie wielu rozmów na szkolnych korytarzach: „Składek jest mnóstwo. Na wycieczki, na teatr, na dekoracje, na dzień chłopaka, na dzień kobiet, na klasowy fundusz, na kwiaty. Czasem mam wrażenie, że z samego bycia rodzicem w szkole robi się abonament”.
To mocne, ale trafne ujęcie. Szkoła żyje rytmem wydarzeń, a te często kończą się prośbą o pieniądze. Niekiedy w dobrej wierze, bo coś ma ucieszyć dzieci. Niekiedy z przyzwyczajenia, bo „zawsze tak było”. Problem w tym, że nie wszyscy rodzice mają taką samą sytuację finansową.
Mama z listu pisze o presji, która rośnie wraz z każdą kolejną zbiórką. „Nie chcę, żeby moje dziecko było oceniane przez pryzmat tego, ile ja wpłacam. A tak się czasem dzieje, nawet jeśli nikt tego głośno nie powie” – przyznaje. I dodaje, że samo pytanie „kto się dorzuca” potrafi zawisnąć w powietrzu na długo.

Prezent dla nauczyciela ma sens, kiedy jest od serca
Najbardziej zapada w pamięć fragment, w którym autorka stawia sprawę jasno. „Nauczyciel nie potrzebuje perfum na mikołajki. Naprawdę. To miły gest, ale nie w tej formie, nie w tym momencie, nie za kolejne zebrane pieniądze”. Dla niej mikołajki są dziecięcą zabawą i chciałaby, żeby tak zostało.
Jej sprzeciw nie dotyczy wyłącznie jednego prezentu. To raczej protest wobec spirali kosztów i oczekiwań. W wielu klasach drobna laurka przestała wystarczać, więc pojawiają się kosze prezentowe, markowe dodatki, bony, czasem nawet „zrzutki” na naprawdę drogie rzeczy. Jedni się cieszą, inni czują się przymuszeni, a jeszcze inni wypadają z obiegu, bo nie mają siły lub środków, żeby iść w tym tempie.
Co z tego wynika dla szkoły, klasy, relacji między rodzicami? Przede wszystkim warto wrócić do pytania, po co w ogóle są mikołajki w szkole. Dla dzieci, dla wspólnej radości, dla lekkiej przerwy od codzienności. Jeśli dorosłe zbiórki zaczynają to przykrywać, coś się rozjeżdża.
Może więc zamiast perfum, kubków i kolejnych bonów, lepiej zrobić coś prostszego. Dziecięcą kartkę z podziękowaniem. Wspólną klasową „skrzynkę życzliwości”, gdzie każdy wrzuca dwa zdania o tym, co lubi w swojej wychowawczyni. Kwiat z papieru, który zostanie w zeszycie wspomnień. Gest, który nie kosztuje, a pamięta się go długo.
List tej mamy nie jest głosem przeciw nauczycielom. To głos w obronie sensu szkolnych tradycji i spokoju w portfelu, ale też w głowie. I pewnie warto go usłyszeć, zanim kolejna składka znów przesłoni zwykłą dziecięcą radość.
Zobacz też: Zabrała dziecko z prywatnej szkoły. „Zaczęło się dokuczanie, bo nie latamy do Włoch co weekend”