Nauczyciele nie chcą niańczyć dzieci: „Za dyżury na korytarzu należy się premia”
Kiedy słyszę, że nauczyciele to mają dobrze, bo co 45 minut „mają przerwę”, aż mi skóra cierpnie. W dzisiejszych czasach od bycia nauczycielem nie ma przerw. A na pewno nie na szkolnym korytarzu.

Uczę w szkole podstawowej od kilkunastu lat i naprawdę coraz częściej mam wrażenie, że od nauczycieli oczekuje się już nie tylko uczenia, ale też niańczenia, pilnowania, gaszenia konfliktów i brania odpowiedzialności za wszystko. Zwłaszcza na przerwach.
Dla wielu rodziców i osób spoza szkoły dyżur na korytarzu to pewnie kilka minut „postania”. W praktyce to chyba najbardziej wyczerpujący moment dnia, a na pewno odpowiedzialność jest wtedy największa. Nauczyciel nie ma wtedy prawa nawet na chwilę usiąść, napić się herbaty czy spokojnie pójść do toalety. Musi być wszędzie jednocześnie.
Bo jeśli coś się stanie, pierwsze pytanie zawsze brzmi: „A gdzie był nauczyciel?”.
„Proszę pani, on mnie popchnął!” – czyli 10 minut chaosu
Niektórzy rodzice chyba naprawdę wyobrażają sobie, że podczas przerwy nauczyciel siedzi w pokoju nauczycielskim i odpoczywa.
Tymczasem ja przez 10 minut słyszę:
„Proszę pani, on mnie popchnął”.
„Proszę pani, ona mnie przezywa”.
„Proszę pani, oni biegają”.
„Proszę pani, Krzyś znowu zabrał mi kanapkę”.
Do tego dzieci skaczą po schodach, przepychają się, trzaskają drzwiami, filmiki z telefonów są puszczane na cały regulator.
Trzeba mieć oczy dookoła głowy. I refleks.
Raz złapałam chłopca dosłownie sekundę przed tym, jak spadł ze schodów. Innym razem rozdzielałam dwóch uczniów, którzy bili się tak, że jeden miał rozciętą wargę.
I wiecie co? Za tę odpowiedzialność nie dostajemy ani złotówki więcej. Wielu nauczycieli mówi dziś wprost, że za dyżury na przerwach powinna być dodatkowa premia, bo to nie jest „wolna chwila”, tylko dodatkowa praca w bardzo stresujących warunkach.
Nauczyciel nie jest ochroniarzem
Najgorsze jest to, że szkoła coraz częściej przerzuca na nauczyciela wszystko.
Dziecko się przewróciło? Wina nauczyciela. Pokłóciło się z kolegą? Nauczyciel nie dopilnował. Ktoś nagrał coś telefonem? Gdzie był dyżurujący?
Mam wrażenie, że od nas oczekuje się, że będziemy jednocześnie pedagogiem, psychologiem, mediatorem, pielęgniarką i ochroniarzem. A przecież jesteśmy przede wszystkim od uczenia.
Oczywiście, bezpieczeństwo dzieci jest ważne. Sama jestem matką i wiem, że rodzic chce mieć pewność, że jego dziecko jest pod opieką. Ale może, zamiast wymagać od nauczyciela, żeby przez każdą przerwę biegał po korytarzu jak strażnik, warto zacząć uczyć dzieci odpowiedzialności?
W wielu krajach dzieci są od początku uczone, jak zachowywać się w szkole i na przerwie. Nauczyciel nie stoi nad nimi co sekundę. Buduje się relację i zaufanie, a nie ciągłą kontrolę.
„Przerwa”, po której jestem bardziej zmęczona niż po lekcji
Po takim dyżurze wracam do klasy i mam prowadzić lekcję z energią, uśmiechem i cierpliwością. Tylko że ja już jestem zmęczona.
Nie miałam chwili, żeby usiąść. Nie zdążyłam napić się herbaty. Nie poszłam do toalety. A za godzinę znów mam dyżur.
Nie piszę tego po to, żeby ktoś mi współczuł. Kocham swoją pracę i lubię dzieci. Ale chciałabym, żeby ktoś wreszcie powiedział głośno, że to nie jest normalne.
Jeśli szkoła wymaga od nauczycieli, żeby na każdej przerwie byli odpowiedzialni za bezpieczeństwo kilkuset dzieci, to powinno się to traktować jak dodatkowy obowiązek. I odpowiednio wynagradzać.
Bo nauczyciel nie jest nianią i nie powinien udawać, że 10 minut na szkolnym korytarzu to odpoczynek.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: „Mogą nawet siedzieć w telefonach”. Rodzice chcą, by świetlice były otwarte do 20