Reklama

Drodzy Rodzice. Nie spodziewałam się, że przyjdzie mi napisać ten list, ale ostatnia sytuacja w szkolnej świetlicy przekroczyła moje granice wyrozumiałości. Dzień, jakich wiele – dzieci bawią się, kończy się moja zmiana, zaraz zamykamy świetlicę. Wtedy zadzwoniła jedna z mam.

Spokojnym, wręcz beztroskim tonem oznajmiła mi, że nie zdąży odebrać córki i żebym została z jej dzieckiem jeszcze około 30 minut. W jej głosie nie było cienia wahania czy prośby – raczej oczekiwanie, że „przecież i tak tu jestem, to w czym problem?”.

Byłam w szoku. Każdy z nas, nauczycieli, dobrze wie, jak nieprzewidywalne bywa życie rodzica. Potrafimy okazać zrozumienie i pomoc, kiedy zachodzi prawdziwa potrzeba. Ale tym razem nie chodziło o nagły przypadek. Dla tej mamy to było zwykłe rozwiązanie jej osobistej wygody – bez refleksji nad tym, że również mam rodzinę, obowiązki, prawo do własnego czasu.

Gdzie kończy się praca nauczyciela – a zaczyna odpowiedzialność rodzica?

Nie pierwszy raz spotykam się z takimi oczekiwaniami. Wielu rodziców traktuje świetlicę jak przechowalnię dla dzieci do późnych godzin. Moja praca – opieka nad dziećmi – trwa określony czas. Rodzice znają regulamin i harmonogram już od początku roku. Po zakończonych godzinach moja odpowiedzialność się kończy.

Prośba tej mamy była nie tylko nadużyciem, ale i wyrazem braku szacunku dla mojej pracy. Miałam wrażenie, że zostałam potraktowana jak ktoś na zawołanie, kto zawsze będzie czekał i zostanie, bo tak komuś pasuje. Takie podejście prowadzi do frustracji, wypalenia i poczucia, że nauczyciel jest od wszystkiego – tylko nie od nauczania i wychowania, a od załatwiania cudzych spraw.

Szkoła to wsparcie, nie zamiennik domu – nauczycielka też ma granice

Jestem tu dla Waszych dzieci – naprawdę. Ale nie będę wyręczać rodziców w wychowaniu, organizowaniu im czasu poza regulaminowymi godzinami czy spełnianiu każdej zachcianki. Każda z nas, nauczycielek i nauczycieli, ma życie poza szkołą. Gdy słyszę: „Zostanie pani, prawda?”, czuję, jak ktoś przekracza moje granice, nie pytając o zgodę, nie szanując mojej codzienności.

Oczywiście, rozumiem losowe przypadki – praca, korek, nagłe sytuacje. Ale wystarczy rozmowa, odrobina zrozumienia i szacunku. Zamiast wymagać, można zapytać. Proszę, pamiętajcie – ja nie jestem złośliwa, jestem po prostu człowiekiem, który ma prawo odmówić, jeśli to przekracza jego możliwości.

szkoła
Nauczycielka przypomina: szkoła wspiera, ale nie zastępuje rodziny, fot. AdobeStock/oksix

Nie, nie zostanę po godzinach, bo dbam też o siebie

W tamtej chwili powiedziałam jasno: nie mogę zostać po godzinach. Poprosiłam stanowczo, żeby mama pospieszyła się i odebrała dziecko o czasie. Mam swoje dzieci, rodzinę, obowiązki. Nie jestem tylko nauczycielką – jestem także mamą, żoną, córką. Mam prawo do odpoczynku, wolnego czasu i troski o własne sprawy.

Ten list piszę, żeby pokazać, że nie chodzi o jedną sytuację. Chcę, by rodzice pamiętali, że szkoła wspiera, ale nie zastępuje rodziny. Proszę o szacunek – dla mojej pracy, czasu i zaangażowania. Granice są ważne dla każdego z nas.

Z poważaniem, nauczycielka świetlicy


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Ten typ rodzica budzi podziw. Nauczycielka w przedszkolu: „Inni powinni brać przykład”

Reklama
Reklama
Reklama