Nauczycielka ocenia przedszkolną rzeczywistość. „O jednej rzeczy zapomnieliśmy”
Nie piszę tego tekstu po to, by kogokolwiek oskarżać ani pouczać. Sama jestem częścią tego systemu – pracuję jako nauczycielka w publicznym przedszkolu w Warszawie. Z roku na rok coraz wyraźniej widzę jednak, że w pogoni za rozwojem, kompetencjami i „dobrym startem” zapomnieliśmy o czymś absolutnie podstawowym. O beztroskiej zabawie.

Przedszkole jak plan zajęć menedżera
Dzisiejsze dzieci mają grafiki, których mógłby pozazdrościć niejeden dorosły. Angielski, robotyka, logopedia, rytmika, taniec, judo, zajęcia sensoryczne. Rodzice pytają, co jeszcze mogą zapisać, czego brakuje, co da przewagę w szkole. Coraz rzadziej słyszę pytanie: „Czy moje dziecko ma czas się nudzić?”.
W przedszkolu też dokładamy swoją cegiełkę. Podstawa programowa, obserwacje, arkusze, gotowość szkolna. Wszystko jest ważne, potrzebne, uzasadnione. Problem zaczyna się wtedy, gdy każdy dzień dziecka jest szczelnie wypełniony zadaniami „rozwojowymi”, a spontaniczna zabawa zostaje zepchnięta na margines – najlepiej wtedy, gdy „zostanie trochę czasu”.
A dzieci coraz częściej nie wiedzą, co zrobić, gdy ten czas naprawdę się pojawi.
Zabawki, które bawią… za dziecko
Widzę to codziennie w sali. Półki pełne zabawek edukacyjnych, interaktywnych, świecących, grających, mówiących, uczących kolorów, liter i cyfr.
Kiedyś wystarczały klocki, pluszaki i wyobraźnia. Dziś często wszystko jest podane „na gotowo”. Zabawka ma scenariusz, cel, instrukcję. Dziecko nie musi nic wymyślać – ma tylko nacisnąć guzik. A potem dziwimy się, że trudno mu tworzyć własne zabawy, że szybko się frustruje, że bez podpowiedzi dorosłego gubi się i zniechęca.
Beztroska, swobodna zabawa to nie strata czasu. To moment, w którym dziecko uczy się najwięcej: negocjowania zasad, radzenia sobie z emocjami, kreatywności, rozwiązywania konfliktów. Tego nie da się w pełni zaplanować ani zamknąć w karcie pracy.
Może warto na chwilę wyhamować?
Coraz częściej mam poczucie, że dorośli – rodzice i nauczyciele – bardziej się spieszą niż dzieci. Chcemy, by były gotowe, samodzielne, mądre, odporne. Tymczasem one potrzebują przestrzeni, by być po prostu dziećmi. By pobrudzić się farbą bez celu, zbudować coś, co za chwilę się rozsypie, pobawić się w sklep albo w dom bez waloru edukacyjnego w nazwie.
Nie mówię: zrezygnujmy z rozwoju, zajęć dodatkowych i nauki przez zabawę. Mówię: zostawmy miejsce na zwykłą zabawę. Taką bez instrukcji, bez oceny, bez efektu końcowego do sfotografowania.
Bo mam wrażenie, że w całej tej dyskusji o przyszłości dzieci zapomnieliśmy o teraźniejszości. A dzieciństwo nie jest etapem przejściowym, który trzeba jak najszybciej „zaliczyć”. To czas, który ma wartość samą w sobie. I którego nie da się odzyskać.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Nauczycielka przedszkolna o nowym trendzie: „Rodzice marnują życie dzieci i tracą pieniądze”