Nauczycielka odpowiada wyłącznie w godzinach pracy. „Mam dość roszczeniowości i żądań rodziców”
Czy nauczyciel naprawdę musi być dostępny przez całą dobę? Do naszej redakcji napisała polonistka z wieloletnim stażem. Nie prosi o podwyżkę ani o pochwały, ale o prawo do wolnego czasu.

„Szanowni Państwo, uprzejmie informuję, że na wiadomości w Librusie odpowiadam w godzinach pracy, jestem również dostępna osobiście podczas dyżuru” – taki komunikat wysłała rodzicom Anna, polonistka, wychowawczyni 5 klasy w jednej z warszawskich podstawówek.
Jej słowa wywołały wśród rodziców oburzenie. Bo jak to? Przecież to tylko kilka minut... Przecież to tylko szybka odpowiedź. Przecież chodzi o nasze dzieci...
Tyle że za tym „tylko” kryje się coś znacznie większego. Anna pisze: „Dostaję wiadomości o 21:30 z pytaniem o pracę domową, o 22:15 o ocenę z kartkówki, w niedzielę rano prośbę o zmianę miejsca dziecka w klasie. Jeśli nie odpowiem szybko, rodzice potrafią pisać ponownie”.
Brzmi znajomo?
Nauczyciel to nie infolinia 24/7
Łatwo zapominamy, że e-dziennik to narzędzie służbowe – nie czat rodzinny. To, że mamy do niego dostęp w telefonie, nie oznacza, że druga strona musi reagować natychmiast.
Wyobraźmy sobie inną sytuację. Piszemy do księgowej w sobotę wieczorem. Do lekarza o 23:00. Do urzędnika w niedzielę rano. I oczekujemy odpowiedzi „bo to pilne”. Bo to „tylko” jedna, krótka wiadomość – myśli 30 rodziców z klasy.
Absurd? A jednak wobec nauczycieli to stało się normą.
Autorka listu pisze: „Po pracy sprawdzam kartkówki i klasówki, prace pisemne, przygotowuję materiały, planuję lekcje. A potem chcę być żoną, mamą, przyjaciółką. Chcę mieć wieczór bez powiadomień. To, że uczę Państwa dzieci, nie oznacza, że jestem w pracy 24 godziny na dobę”.
To nie jest brak zaangażowania. To są granice.
Rodzic też ma prawo do odpoczynku – więc dlaczego nauczyciel nie?
Najbardziej uderzające w tym liście było jedno zdanie: „Czuję, że część rodziców traktuje mnie jak usługę premium – dostępną o każdej porze”.
To mocne. Ale czy nie ma w tym odrobiny prawdy? Żyjemy w świecie natychmiastowych odpowiedzi. Wiadomość wysłana – odpowiedź powinna być za chwilę. Tylko że szkoła to nie aplikacja do zamawiania jedzenia. To miejsce pracy ludzi z krwi i kości.
Bronienie prawa nauczycielki do wolnego czasu nie jest atakiem na rodziców. To przypomnienie, że relacja szkoła-dom powinna opierać się na wzajemnym szacunku. Jeśli oczekujemy zrozumienia dla naszych obowiązków zawodowych, okażmy je także tym, którzy uczą nasze dzieci.
Bo może, zamiast pisać kolejną wiadomość o 22:00, warto zadać sobie pytanie: czy to naprawdę potrzebuję natychmiastowej reakcji? Czy ta pilna sprawa nie może spokojnie poczekać do rana?
Nauczyciele mają prawo do ciszy po pracy. Do kolacji bez powiadomień. Do weekendu bez Librusa.
I jeśli chcemy, by uczyli nasze dzieci z zaangażowaniem i spokojem – pozwólmy im być po prostu ludźmi, a nie dyżurną infolinią dostępną przez całą dobę.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: „Wiadomość w e-dzienniku przyszła o 7:15 w poniedziałek”. Tak szkoły kpią z rodziców