Nauczycielka: „Rodzice zapominają o najważniejszym. Niektórzy czekają przed przedszkolem o 6:45”
Czy rodzice naprawdę umieszczają dzieci tak nisko na liście codziennych priorytetów? Do naszej redakcji napisała nauczycielka przedszkolna z kilkunastoletnim stażem. Prosi o anonimowość, ale pod jej słowami z pewnością podpisałoby się wielu pedagogów.

„Pracuję w przedszkolu ponad 12 lat. Widziałam różne sytuacje, przetrwałam pandemię, ale to, co dzieje się od kilku lat, naprawdę mnie martwi” – zaczyna swój list nauczycielka.
Jak pisze, placówka otwiera się o 7:00. Tymczasem niektórzy rodzice przychodzą już o 6:45 i czekają pod wejściem z dzieckiem, często z kubkiem kawy w dłoni i telefonem przy uchu.
„Rodzice nerwowo patrzą na zegarek. Jakby te 15 minut mogło zaważyć na ich karierze”.
Nauczycielka podkreśla, że rozumie realia – kredyty, wysokie koszty życia, presję w pracy. „Sama jestem matką. Wiem, że nie zawsze da się inaczej. Ale boli mnie, gdy widzę, że dziecko jest ostatnim elementem układanki, który trzeba ‘odhaczyć’ przed wyjściem do biura”.
Kariera najpierw – dzieci potem?
W liście pojawia się mocne zdanie: „Rodzice coraz częściej zachowują się tak, jakby zapominali, że dzieci są ich odpowiedzialnością, że to oni powinni je wychowywać, wspierać, kochać”. Co ma na myśli?
„Dzwonią w środku dnia z pretensjami, że nie ma jeszcze profesjonalnych zdjęć z balu, który odbył się dwa dni wcześniej, ale nie odbierają telefonu, gdy informujemy, że dziecko ma 38,5 stopnia gorączki. Proszą, żeby ‘jakoś dotrzymać do 16’, bo oni mają ważne spotkanie”.
Opisuje też sytuacje, gdy dziecko zostaje w przedszkolu do ostatniej minuty zamknięcia – codziennie. „O 16:58 patrzy w okno i pyta, czy mama o nim pamięta. To są pytania, które zostają w głowie”.
Nauczycielka zaznacza, że nie chodzi jej o jednorazowe spóźnienia czy trudne tygodnie. „Chodzi o styl życia. O to, że praca stała się ważniejsza niż wspólny obiad, niż spokojne popołudnie, niż rozmowa”.
„Dziecko to nie projekt do zarządzania”
W swoim liście apeluje o refleksję. „Widzę trzylatki, które spędzają w przedszkolu 9–10 godzin dziennie. A potem słyszę od rodziców: ‘Nie mamy czasu, żeby poczytać, bo padamy ze zmęczenia’. Tylko że dziecko też jest zmęczone”.
Pisze wprost: „Dziecko to nie projekt do zarządzania. To nie punkt w kalendarzu między siłownią, zamówieniem pudełek z jedzeniem a callem z klientem”.
Jej słowa mogą zaboleć. Bo wielu rodziców naprawdę robi wszystko, żeby zapewnić dzieciom stabilność finansową i dobre warunki. Ale nauczycielka zwraca uwagę na coś innego – na obecność.
„Czasem wystarczyłoby 20 minut mniej w pracy i 20 minut więcej na dywanie z klockami. Dzieci nie zapamiętają prezentów. Zapamiętają to, czy ktoś miał dla nich czas”.
Ten list to nie oskarżenie, a raczej wołanie o równowagę. Bo choć przedszkole może być wsparciem, nie zastąpi rodzica.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: To powszechna praktyka w przedszkolach podczas posiłków. „Moje dziecko nie jest królikiem doświadczalnym”