Nauczycielka upokorzyła dziecko pod tablicą. Matka: „Serce mi stanęło”
Kiedy moje dziecko wróciło ze szkoły, było ciche jak nigdy. Nie chciało rozmawiać, nie miało ochoty na obiad, zamknęło się w pokoju. Dopiero wieczorem, ze łzami w oczach, powiedziało mi, co się wydarzyło. Serce mi stanęło.

Szanowna Redakcjo! Wciąż mam ściśnięte gardło, gdy wracam myślami do tamtego wydarzenia. Dla nauczycielki to była zapewne tylko kolejna lekcja, ale dla mojego dziecka – chwila ogromnego wstydu.
„Popatrz, dzieci się z ciebie śmieją”
Na lekcji matematyki moje dziecko zostało wywołane do tablicy. Nie potrafiło rozwiązać zadania. Zamiast pomocy, spokojnego tłumaczenia albo choćby zwykłego „Usiądź, wrócimy do tego”, usłyszało: „Popatrz, dzieci się z ciebie śmieją”.
To jedno zdanie wystarczyło. Klasa rzeczywiście zaczęła się śmiać. Nie dlatego, że dzieci są złe. Dlatego, że dostały przyzwolenie. Bo skoro dorosły pokazuje palcem, to znaczy, że wolno.
Moje dziecko stało pod tablicą czerwone, sparaliżowane, z poczuciem, że jest głupie. Tak mi to opisało. I nie potrafię pogodzić się z myślą, że ktoś, kto ma wychowywać i uczyć, mógł uznać takie słowa za dobrą metodę.
Szkoła to nie miejsce na zawstydzanie
Wiem, że nauczyciele są przeciążeni. Wiem, że klasy są duże, program napięty, a dzieci różne. Ale wiem też jedno: szkoła nie może być miejscem upokorzeń. Nie może uczyć strachem i wstydem.
Od tamtej lekcji moje dziecko boi się zgłaszać. Boi się tablicy. Boi się, że znów będzie wyśmiane. Jedno zdanie sprawiło, że to, co wcześniej było trudne, stało się paraliżujące. I nikt mi nie wmówi, że to „hartowanie charakteru”.
Dzieci nie uczą się lepiej, kiedy się je zawstydza. Uczą się unikać. Milczeć. Znikać. A przecież szkoła powinna być miejscem, w którym można popełniać błędy bez lęku.

Mam prawo oczekiwać szacunku
Zgłosiłam sprawę. Rozmawiałam z nauczycielką. Usłyszałam, że „nie było takiej intencji” i że „dzieci są dziś bardzo wrażliwe”. Ale ja nie mówię o intencjach. Mówię o skutkach.
Jako matka mam prawo oczekiwać, że moje dziecko będzie traktowane z szacunkiem. Nawet – a może zwłaszcza – wtedy, gdy czegoś nie umie. Bo szkoła jest po to, żeby się uczyć, a nie udowadniać swoją wartość przed tablicą.
Wiem, że wiele dzieci wraca do domu z podobnym bólem, a wielu rodziców słyszy potem: „Nie chcę iść jutro do szkoły”.
Chciałabym, żeby dorośli w szkole pamiętali, jaką mają władzę nad dziecięcą wrażliwością. Jedno zdanie potrafi zbudować. Jedno zdanie potrafi zniszczyć. I naprawdę żadne dziecko, które nie zna odpowiedzi, nie zasługuje na to, by stać się przykładem – ku przestrodze dla innych.
Dominika
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Mam troje dzieci i nie pracuję, teściowa nazwała mnie pasożytem. Odpowiedziałam jej tak, że usiadła”