Nauczycielka: „W dzisiejszych czasach dzieciom brakuje dyscypliny. To wina nowoczesnych rodziców”
Nie piszę tego tekstu z pozycji osoby, która marzy o karach, krzyku i szkolnej tresurze. Nie chodzi mi też o ignorowanie emocji dzieci ani o cofanie się do czasów, gdy strach był jedyną metodą wychowawczą. Piszę o czymś innym – o zdrowych granicach, których coraz częściej w domach po prostu nie ma, a które są absolutnie niezbędne.

Uczę języka polskiego w klasach 4–8. Codziennie patrzę na dzieci, które są bystre, wrażliwe, inteligentne – i jednocześnie kompletnie rozregulowane. Nie potrafią wysiedzieć na lekcji, przerywają, wchodzą w słowo, wyciągają telefony, kiedy tylko się odwrócę. Zdarza się agresja – słowna, czasem fizyczna. Zdarza się brak szacunku, rzucanie tekstami, których jeszcze kilka, kilkanaście lat temu nikt nie odważyłby się powiedzieć nauczycielowi.
I nie, nie uważam, że te dzieci są „złe”. Wręcz przeciwnie. Widzę w nich chaos, który ktoś powinien pomóc uporządkować. Widzę wołanie o granice, o ramy, o poczucie bezpieczeństwa. Bo paradoksalnie to właśnie granice dają dzieciom spokój – nie ich brak.
Gdy wszystko wolno, nic nie ma sensu
Wielu rodziców chce dziś być „nowoczesnych”. Nie stawiają zakazów, nie wymagają, nie mówią „nie”, bo boją się, że zranią dziecko, że zniszczą mu poczucie własnej wartości. W efekcie wychowują dzieci, które są przekonane, że cały świat powinien się do nich dostosować.
Potem takie dziecko trafia do szkoły. I nagle słyszy, że musi oddać telefon. Że ma usiąść. Że nie może krzyczeć. Że nie wolno dokuczać, wyzywać, przeszkadzać. I czuje się skrzywdzone. Bo w domu nikt mu wcześniej nie powiedział, że nie jest centrum wszechświata.
Kiedy dzwonię do rodzica albo zostawiam wiadomość w e-dzienniku i wyjaśniam, że jego dziecko obraża innych albo nie odrabia prac, nie przykłada się, często słyszę: „On jest wrażliwy”, „Ona tak ma”, „To pani sprowokowała”. I w tym momencie wiem, że problem nie jest w dziecku. Jest w dorosłych, którzy nie chcą wziąć odpowiedzialności.
Bez porozumienia szkoła jest bezradna
Nie uzdrowimy polskiej szkoły bez porozumienia na linii rodzic–nauczyciel. Możemy pisać nowe podstawy programowe, wprowadzać reformy, zmieniać egzaminy, ale jeśli w domu dziecko słyszy jedno, a w szkole zupełnie co innego, to zawsze będzie rozdarte.
Jeśli w domu wszystko wolno, a w szkole są zasady, dziecko wybierze chaos. Jeśli w domu nauczyciel jest przedstawiany jako wróg, w szkole nie będzie żadnego autorytetu. A bez autorytetu nie ma nauki, nie ma relacji, nie ma bezpieczeństwa.
Nie chodzi o to, by dzieci bały się dorosłych. Chodzi o to, by wiedziały, że dorośli wiedzą, co robią. Że ktoś czuwa. Że świat ma strukturę. Bo dzieci, które naprawdę czują się bezpieczne, to nie te, którym wszystko wolno – ale te, które wiedzą, gdzie są granice.
Zobacz także: Szkoła kpi z rodziców i nauczycieli. „Wiadomość w Librusie przyszła o 7:30 w poniedziałek”