„Nie oddam dziecka w ferie na przedszkolny dyżur. Nauczycielka mówi, że to przechowalnia”
Na redakcyjną skrzynkę trafił mail od mamy dwójki przedszkolaków. Kobieta pisze wprost, że choć razem z mężem pracują zawodowo i logistycznie dyżur w ferie bardzo by im pomógł, tym razem powiedziała „dość”. Po rozmowie z nauczycielką zrozumiała, że dla jej dzieci to nie będzie wspierający czas.

Mam dwóch synów, młodszy ma 3 lata, a starszy 5. Oboje z mężem pracujemy, ja mam nową pracę i nie mam jeszcze umowy na czas nieokreślony, więc ferie to dla nas spore wyzwanie logistyczne. Idealnym rozwiązaniem wydawał się przedszkolny dyżur – przecież po to on jest, prawda?
Problem w tym, że po zeszłorocznych zmaganiach nie zdecyduję się na to. Nie było płaczu jednego dnia ani chwilowego buntu. Była stanowcza, powtarzana każdego dnia niechęć. „Mamo, tam jest inaczej”, „Nie chcę być z obcymi dziećmi”, „Nie znam tych pań”, mówił mi starszy synek. Młodszy dopiero od września chodzi do przedszkola, więc to byłby jego pierwszy dyżur.
Na początku myślałam, że syn przesadza. Przecież to wciąż przedszkole, tylko w innym trybie. Dopiero gdy zaczęłam dopytywać, zrozumiałam, skąd ten opór.
Połączone grupy i obce sale
Dyżury w naszym przedszkolu oznaczają jedno: łączenie grup. Z każdego rocznika zostaje kilka dzieci, więc wszystkie trafiają do jednej, dużej grupy. W praktyce mój 3-latek i 5-latka mają spędzić całe ferie razem – w obcej sali, z dziećmi, których nie znają, i z nauczycielkami, które widziały może raz czy dwa na korytarzu.
Do tego nie ma zajęć edukacyjnych. Dyżur to czas „luźny”: swobodna zabawa, wyjście na dwór, czasem bajka. Rozumiem ideę odpoczynku, ale dla małych dzieci to często chaos zamiast relaksu. Brak rutyny, brak znanych zasad, brak poczucia bezpieczeństwa.
Dla dorosłych to tylko dwa tygodnie. Dla dziecka – ogromna zmiana.
„Tak szczerze? To przechowalnia”
Postanowiłam porozmawiać z jedną z nauczycielek. Chciałam się upewnić, czy nie przesadzam, czy moje obawy są uzasadnione. Usłyszałam coś, co kompletnie mnie zbiło z tropu.
„Tak szczerze? Te dyżury to trochę taka przechowalnia” – powiedziała bez zająknięcia. Bez złośliwości, bez cynizmu. Raczej z rezygnacją.
I wtedy wszystko mi się poukładało. Skoro sama nauczycielka używa takiego słowa, to dlaczego mam zmuszać dzieci, żeby tam chodziły? Żeby „gdzieś były”, bo my musimy pracować?
Rozumiem realia. Rozumiem, że nie da się zapewnić normalnego trybu pracy w ferie. Ale skoro nawet osoby z wewnątrz mówią wprost, że to nie jest czas rozwoju ani komfortu dziecka, to dla mnie sprawa jest jasna.
Nie oddam dzieci na dyżur tylko po to, żeby „mieć je z głowy”. Wolę kombinować z urlopem, pomocą rodziny i pracą zdalną. Bo ferie to nie tylko problem organizacyjny dorosłych. To też emocje i poczucie bezpieczeństwa najmłodszych.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Nauczycielka przedszkolna o nowym trendzie: „Rodzice marnują życie dzieci i tracą pieniądze”