„Nie poślę syna do publicznej szkoły. Nie będzie kolejnym numerkiem w fabryce przeciętności”
Mój syn ma pięć lat, chodzi do przedszkola i buduje rakiety z kartonów po mleku – a ja już wiem, że do szkoły publicznej nie pójdzie. Nie chcę, by wpadł w tryby systemu, który mieli dzieci według jednego wzoru. Wolę być tą przewrażliwioną matką niż później żałować, że zmarnowałam potencjał.

Szkoła publiczna to fabryka przeciętności
Tak, używam mocnych słów – bo dokładnie tak to widzę. Klasy po trzydzieści osób, program napompowany do granic absurdu, test za testem, dzwonek dyktujący tempo życia. W tym wszystkim moje dziecko ma się rozwijać? Odkrywać pasje? Zadawać sto pytań na minutę?
Nie wierzę w system, który zakłada, że wszystkie dzieci uczą się w tym samym rytmie i w ten sam sposób. Jedno jest szybsze z matematyki, drugie kocha rysować, trzecie potrzebuje więcej czasu na czytanie – a szkoła publiczna mówi: tempo jest jedno, plan lekcji jeden, program dla wszystkich identyczny.
Rozmawiam z rodzicami starszych uczniów i słyszę historie o pracach domowych do późnej nocy, korepetycjach od trzeciej, czasem drugiej (!) klasy, nauczycielach, którzy nie mają siły ani czasu, by zauważyć ciche dziecko w trzeciej ławce. Dla mnie to sygnał ostrzegawczy.
Nauczyciele nie są winni – ale system już tak
Nie mam pretensji do ludzi – wiem, że wielu pedagogów robi, co może. Ale właśnie dlatego nie chcę, by moje dziecko było kolejną pozycją w dzienniku. Kolejnym nazwiskiem w rubryce „średnio sobie radzi”.
Jak jeden nauczyciel ma pochylić się nad trzydziestką uczniów? Jak ma rozwijać talenty, skoro musi gonić z materiałem i wypełniać stosy dokumentów? Jak ma zauważyć pasję mojego syna do budowania i projektowania, skoro musi sprawdzić czterdzieści kartkówek przed kolejną radą pedagogiczną?
W prywatnych szkołach obiecują mniejsze klasy, tutorów, rozmowy z rodzicami, projekty zamiast testów. Może to marketing – ale przynajmniej ktoś udaje, że dziecko jest czymś więcej niż statystyką.
Nie chcę, by mój pięciolatek już na starcie nauczył się, że ma się wpasować – nie wychylać – realizować polecenia – zaliczać.
Nie po to widzę w nim potencjał, by ktoś go przyciął
Tak, wiem, jak to brzmi. Każdy rodzic uważa swoje dziecko za wyjątkowe. Ja też. I nie zamierzam się za to tłumaczyć.
Nie chcę szkoły, która skupia się na rankingach. Nie chcę stresu od pierwszej klasy. Nie chcę czerwonych długopisów, które szybciej wytykają błędy niż wzmacniają ciekawość świata.
Jeśli mogę wybrać miejsce, w którym ktoś spróbuje dopasować edukację do dziecka – a nie dziecko do systemu – to to zrobię. Nawet jeśli będę musiała zacisnąć pasa. Nawet jeśli usłyszę, że przesadzam.
Wolę uchodzić za nadgorliwą matkę niż za tę, która po latach mówi: „może trzeba było poszukać czegoś innego”.
Komentarz od redakcji:
Wybór szkoły to jedna z najtrudniejszych decyzji rodzicielskich – i każda rodzina ma prawo kierować się własnymi wartościami oraz możliwościami. Warto jednak pamiętać, że skrajne oceny mogą być krzywdzące – zarówno dla uczniów uczęszczających do szkół publicznych, jak i dla nauczycieli, którzy często z ogromnym zaangażowaniem pracują w wymagających warunkach.
Zamiast przeciwstawiać sobie całe systemy, warto rozmawiać o tym, jak wspierać dzieci w różnych realiach – bo dobre i słabsze doświadczenia można znaleźć po obu stronach.
Zobacz także: Oto jak wygląda dzień pracy nauczyciela. „Nie ma czasu, żeby pójść do łazienki”