Reklama

Mam 5-letnią córkę Amelkę. Jest cudowną, mądrą dziewczynką, ale od jesieni praktycznie bez przerwy chorowała. Najpierw zapalenie oskrzeli, potem angina, później trzy tygodnie kaszlu, który wracał po każdym wyjściu do przedszkola. W styczniu znów antybiotyk, w lutym siedziałyśmy tydzień w domu, a ja po raz kolejny odwoływałam pracę i organizowałam wszystko tak, żeby ktoś został z dzieckiem.

Jestem osobą wierzącą. W naszym domu obchodzi się Wielkanoc, szykujemy koszyczek, malujemy pisanki, siadamy do śniadania. W sobotę pójdziemy poświęcić jedzenie, bo to trwa chwilę. Ale w niedzielę nie zabiorę córki na uroczystą mszę.

„W kościele zawsze ktoś kaszle”

Nie chodzi o to, że nie chce mi się wstać rano. Nie chodzi też o bunt przeciwko Kościołowi. Po prostu znam swoje dziecko i wiem, jak kończy się dla nas każde dłuższe siedzenie w zimnym miejscu, w tłumie ludzi.

Nasza parafia jest stara, kościół ogromny i lodowaty. Nawet ja po godzinie siedzenia tam marznę, mimo grubego płaszcza. A podczas świąt jest pełno ludzi. Starsze osoby przychodzą przeziębione, kaszlą, kichają, wycierają nosy. Wiem, że zabrzmi to okropnie, ale co roku widzę wokół siebie całe rzędy kaszlących, zasmarkanych babć, które przyszły, bo „tak trzeba”.

I właśnie wtedy myślę tylko o tym, że moja córka za trzy dni znów będzie miała gorączkę.

Amelka nie umie jeszcze siedzieć spokojnie przez godzinę. Kiedy jest zmęczona albo zmarznięta, robi się marudna, zaczyna kaszleć, chce wyjść. W zeszłym roku po rezurekcji wróciłyśmy do domu, a dwa dni później znowu siedziałyśmy u lekarza.

Teściowa uważa, że przesadzam

Najbardziej boli mnie to, że kompletnie nie rozumie mnie teściowa. Dla niej to oczywiste, że dziecko „musi” iść do kościoła, bo przecież jest Wielkanoc i „tak wypada”.

Od kilku dni słyszę: „Kiedyś dzieci chodziły i nikt nie wydziwiał”, „Nie możesz wychować jej bez tradycji”, „Przecież Pan Bóg się obrazi”. Ostatnio teściowa powiedziała nawet przy rodzinie: „Potem się nie dziw, że dziecko będzie chorowite, skoro trzymasz je pod kloszem”.

Było mi przykro. Bardzo.

Bo nikt nie widzi tego, ile razy siedziałam nocą przy łóżku córki, mierząc temperaturę. Nikt nie pamięta, ile pieniędzy wydaliśmy na lekarzy i leki. Nikt nie był ze mną wtedy, kiedy Amelka płakała, bo znów nie mogła iść do przedszkola.

A teraz mam jeszcze tłumaczyć się z tego, że chcę oszczędzić jej kolejnej infekcji?

Wiara to nie tylko obecność w kościele

Naprawdę nie uważam, że jestem gorszą matką albo gorszą katoliczką. Wierzę, że można przeżywać święta także w domu. Pomodlić się razem, przeczytać dziecku historię o Wielkanocy, usiąść przy stole i po prostu być razem.

Nie chcę zabierać córki do kościoła tylko dlatego, że ktoś będzie komentował, jeśli jej tam nie zobaczy. Nie chcę robić czegoś „na pokaz”, kosztem zdrowia mojego dziecka.

Może za rok będzie starsza, odporniejsza, może sama będzie chciała iść. Wtedy pójdziemy. Ale dziś wybieram spokój i zdrowie Amelki.

I jeśli ktoś uważa, że przez to „nie wypada”, to trudno. Ja jestem jej mamą i to ja będę siedzieć z nią później w domu, jeśli znowu zachoruje.

Komentarz redakcji

Mama ma prawo podjąć własną decyzję i kierować się przede wszystkim dobrem dziecka. Każda rodzina przeżywa święta inaczej, a troska o zdrowie 5-latki nie czyni nikogo gorszym rodzicem ani mniej wierzącą osobą. Najważniejsze jest to, by robić to, co uważa się za najlepsze dla swojego dziecka.

Zobacz także: Nie wszystkie rodziny obchodzą święta. „W Poniedziałek Wielkanocny oczekuję otwarcia przedszkola”

Reklama
Reklama
Reklama