„Nie zgadzam się na odwiedziny po porodzie. Teściowa grozi, że będzie stać pod drzwiami”
Do naszej redakcji napisała młoda mama, która zaledwie dwa tygodnie temu powitała na świecie synka. W emocjonalnym liście opisuje narastający konflikt z teściami – mierzy się z presją, pretensjami i groźbami niezapowiedzianych wizyt.

Piszę do Państwa, bo jestem na granicy wytrzymałości. Dwa tygodnie temu urodziłam synka. Przyszedł na świat w 38. tygodniu ciąży, jest malutki, delikatny, a ja wciąż dochodzę do siebie po porodzie. Jest sezon infekcyjny, wszędzie słyszy się o RSV, grypie, zapaleniach płuc. Dlatego razem z mężem ustaliliśmy jedno: żadnych wizyt przynajmniej do Wielkanocy. Koniec, kropka.
Moi rodzice to zrozumieli. Bez dyskusji. Powiedzieli, że poczekają, że zdrowie dziecka jest ważniejsze niż zdjęcia do rodzinnego albumu. Dzwonią, pytają, jak się czujemy, oferują pomoc na odległość. Tak powinno to wyglądać.
Z teściami jest zupełnie inaczej.
„Teściowa grozi, że będzie stała pod drzwiami”
Moja teściowa dzwoni codziennie do mojego męża. Codziennie. Domaga się wpuszczenia do domu, wypomina nam, że „odcinamy ją od wnuka”, mówi, że robimy z niej wroga. Ostatnio stwierdziła wprost, że w weekend przyjedzie i jeśli jej nie otworzymy, to będzie stała pod drzwiami tak długo, aż zmienimy zdanie, bo ona ma prawo zobaczyć dziecko.
Jak to usłyszałam, zalały mnie łzy. Jestem świeżo po porodzie, niewyspana, obolała, z szalejącymi hormonami. Każde kwilenie małego sprawia, że serce podchodzi mi do gardła. A zamiast spokoju mam wizję awantury pod drzwiami własnego mieszkania.
Mąż jest po mojej stronie, ale widzę, ile go to kosztuje. Rozmowy z matką są coraz ostrzejsze. Ona twierdzi, że przesadzamy, że „kiedyś nikt się tak nie cackał z noworodkami”. Tylko że to nie jest argument. To nasze dziecko, nasze decyzje.
„Pali papierosy i udaje, że to nie problem”
Jest jeszcze jedna rzecz, która doprowadza mnie do szału. Teściowa pali papierosy. Od lat. I nie mam zamiaru udawać, że to nie ma znaczenia. Zapach zostaje na ubraniach, włosach, dłoniach. Czytałam o biernym paleniu, o zagrożeniach dla niemowląt, o problemach oddechowych. Nie chcę, by ktoś, kto przed chwilą palił, brał mojego dwutygodniowego syna na ręce.
Dla niej to fanaberia. Kolejny dowód na to, że jestem przewrażliwiona. Ale ja nie zamierzam ryzykować zdrowiem dziecka, żeby komuś poprawić humor.
Nie zabraniam kontaktu na zawsze. Mogą dzwonić, połączyć się na Facetime, mogą oglądać zdjęcia, mogą zapytać, jak się czujemy. Ale do Wielkanocy wizyt nie będzie. Potrzebuję czasu, żeby dojść do siebie, żeby synek był silniejszy, żeby minął ten najgorszy okres chorób.
Zamiast wsparcia dostaję presję, wyrzuty sumienia i próby wymuszenia spotkań. I zaczynam mieć dość.
Piszę ten list, bo czuję, że ktoś próbuje odebrać mi prawo do decydowania o własnym dziecku. A ja nie mam zamiaru się z tego tłumaczyć. Jestem jego matką. I to powinno wystarczyć.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Musieliśmy schować dumę do kieszeni i zamieszkać z dwójką dzieci u teściów. Zrobili z naszego życia piekło