Reklama

Od lat zajmuję się tematami rodzicielskimi i widziałam już niemal każdy styl wychowania. Presja, by być „najlepszym rodzicem” – tak dobrze nam znana – w Polsce potrafi zmęczyć. W Norwegii od razu uderzyło mnie coś zupełnie innego: rodzicielstwo, które… oddycha. Tam naprawdę przyjmuje się, że dziecko to człowiek – nie projekt do zrealizowania.

Dziecko ma prawo być dzieckiem

W Norwegii normą jest to, że dzieci spędzają mnóstwo czasu na dworze – bez względu na pogodę. Widziałam przedszkolaki w deszczu, w błocie, w śniegu – mokre i szczęśliwe. Nikt nie panikował, że kurtka się ubrudzi, nikt nie biegł za nimi z chusteczką. Świat jest do odkrywania, a nie do kontrolowania – usłyszałam od jednej z mam.

Dzieci mają też dużo swobody w decydowaniu. Pytane o zdanie – nie tylko „jaką bluzkę chcesz”, ale „jak się z tym czujesz?”. I to działa. Widać w nich spokój. One naprawdę wiedzą, że są ważne.

Rodzic też jest ważny. I nikt nie udaje superbohatera

To była dla mnie chyba największa lekcja. Norwegowie nie gloryfikują zmęczenia. Jeśli rodzic potrzebuje chwili dla siebie – bierze ją, bez poczucia winy. Zamiast „muszę wszystko ogarniać”, jest raczej „mam prawo być człowiekiem”.

Rozmawiałam z jedną z norweskich mam. Powiedziała: „Jeśli ja jestem spokojna, moje dziecko też jest spokojne. Dbam o siebie, bo to część dbania o rodzinę”. Proste, a jednocześnie rewolucyjne.

Szkoła i przedszkole bez wyścigu szczurów

W przedszkolach i szkołach nie ma presji wyniku. Nauczyciel jest przewodnikiem, a nie surowym strażnikiem. Dzieci uczą się współpracy, a nie rywalizacji. Ocena? Często bardziej opisowa niż punktowa. Ważniejsze od „ile dostałeś?” jest „czego się nauczyłeś?”

Widziałam klasy, w których dzieci siedziały w kręgu, rozmawiały o emocjach, o tym, co było dla nich trudne. Bez wstydu. Bez poczucia, że trzeba być twardym.

Zaufanie. To słowo-klucz

W Norwegii dzieciom ufa się bardziej niż u nas. Mają przestrzeń na błędy. Na próby. Na to, by dorastać bez ciągłego „uważaj!”. I paradoksalnie – są przez to rozsądniejsze. Uczą się odpowiedzialności, bo nikt nie oddycha im non stop nad głową.

I to właśnie zaufanie widać w ich oczach. W tym spokojnym spojrzeniu, w którym nie ma lęku przed oceną.

Czy to wszystko działa? Tak. Dzieci, które widziałam, były inne. Nie w sensie „lepsze”. Po prostu bardziej… u siebie. Mniej spięte. Bardziej pewne tego, że mają prawo istnieć takie, jakie są.

Czy można to przenieść do Polski? Nie w całości – bo to kwestia kultury, systemu, klimatu społecznego. Ale możemy podkraść kilka elementów: więcej zaufania, mniej presji. Więcej „jak się czujesz?”, mniej „co z tego będzie?”. Odpuścić trochę kontrolę. I może siebie też potraktować łagodniej. Bo chyba każdy z nas – i mały, i duży – trochę za tym spokojem tęskni.

Reklama
Reklama
Reklama