Reklama

Dagmara prowadzi własną firmę i od lat udziela korepetycji z matematyki. Pracuje głównie z uczniami klas 7-8 i licealistami, przygotowując ich do egzaminów. Zna realia, zna stres uczniów i oczekiwania rodziców. Ale – jak sama przyznaje – niektóre sytuacje ją zaskakują.

– Zachorowałam, naprawdę byłam w kiepskim stanie. Napisałam do rodziców, że muszę odwołać zajęcia. I większość odpowiedziała normalnie: „proszę wracać do zdrowia”. A jedna wiadomość... no nie mogłam uwierzyć – opowiada.

Treść? „Chciałabym tylko przypomnieć, że to już drugi raz w tym roku szkolnym, kiedy pani odwołuje zajęcia z powodu choroby i może warto popracować nad odpornością, bo mój syn potrzebuje pomocy”.

– Zamarłam. Serio? Mam przestać chorować, bo ktoś płaci 80 zł za godzinę? – mówi Dagmara.

Edukacja czy usługa? Coraz trudniej odróżnić

Jeszcze kilkanaście lat temu relacja nauczyciel–rodzic wyglądała inaczej. Dziś coraz częściej przypomina układ klient–usługodawca. Rodzic płaci – więc oczekuje. Czasem bardzo konkretnie i bez żadnych hamulców.

– Ja rozumiem, że ktoś inwestuje w edukację dziecka i chce efektów. Ale to nie jest abonament na Netflixie. To jest praca z drugim człowiekiem – podkreśla Dagmara.

Problem polega na tym, że granica zaczyna się zacierać. Korepetytor przestaje być nauczycielem, a staje się kimś, kto „ma dostarczyć wynik” – niezależnie od okoliczności.

„Za 80 zł za godzinę mam nie chorować?”

Najbardziej uderzające w tej historii nie są nawet słowa, ale ton. Ironiczny, chłodny, pozbawiony empatii. Pełen roszczeniowości.

– To mnie najbardziej zabolało. Nie to, że ktoś się zdenerwował. Tylko że ktoś uznał, że może mi powiedzieć, żebym „popracowała nad odpornością”. Jakbym była maszyną. Tylko w drugą stronę to nie działa. Raz ta sama kobieta nawet mnie nie uprzedziła, że jej syn się u mnie nie pojawi, bo „wyleciało jej z głowy” – mówi.

I dodaje: – Za 80 zł za godzinę mam być zawsze dostępna, zdrowa i jeszcze najlepiej, żebym miała magiczną różdżkę, dzięki której każdy będzie opanowywał materiał w 100 procentach... To jest kompletnie oderwane od rzeczywistości.

Coraz większa presja na nauczycieli i korepetytorów

Takie sytuacje – jak przyznają osoby pracujące w edukacji – zdarzają się coraz częściej. Rosną oczekiwania, rośnie presja, a cierpliwość... maleje.

Rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej – to naturalne. Problem zaczyna się wtedy, gdy znika elementarna empatia wobec drugiej strony. Bo nauczyciel, korepetytor, edukator – to wciąż człowiek. Może zachorować, może mieć gorszy dzień, może potrzebować przerwy.

I nie powinien za to słyszeć, że „powinien popracować nad odpornością”. Może lepiej popracować nad kulturą i umiejętnością komunikacji z drugim człowiekiem?

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Coraz więcej dzieci nie potrafi gryźć pokarmów. Logopedka: „Jedzą tylko przy tablecie”

Reklama
Reklama
Reklama