Ogarniam dom i dzieci, a mąż wysyła mnie jeszcze na etat. „I tak nic nie robisz”
Codziennie wstaję, gotuję, piorę, sprzątam, zajmuję się dziećmi i pilnuję, żeby wszystko funkcjonowało jak należy. A on wciąż powtarza: „Przecież tylko siedzisz w domu”, jakby moja praca była niewidoczna i nic nie warta.

Szanowna Redakcjo, muszę wyrzucić to z siebie. Od lat ogarniam dom, dwójkę dzieci i mnóstwo codziennych spraw, a mimo tego moja praca w domu nigdy nie jest dostrzegana. Kiedyś myślałam, że wystarczy robić wszystko dobrze i pilnować harmonogramu, żeby każdy w domu był szczęśliwy. Okazuje się, że to za mało. Mój mąż nie tylko nie docenia, ale wręcz wymaga ode mnie więcej – wprost wysyła mnie na etat, jakby dom i dzieci były tylko dodatkiem, a nie pełnoetatową pracą samą w sobie.
Codzienność, której nikt nie widzi
Mój dzień zaczyna się przed szóstą. Budzik dzwoni, zanim dzieci zdążą się obudzić, bo muszę przygotować śniadanie, kanapki do szkoły i ubrania. Jedno dziecko nie chce wstać, drugie płacze, bo „skarpetki gryzą”. W tym samym czasie słyszę z sypialni, że mąż musi się wyspać, bo znowu idzie do pracy.
Po odprowadzeniu dzieci wracam do domu, który wygląda, jakby przeszło przez niego tornado. Sprzątam, wstawiam pranie, dzwonię do przychodni, bo jedno z dzieci znowu kaszle, a drugie ma jutro wycieczkę i trzeba pamiętać o zgodzie oraz prowiancie. W międzyczasie gotuję obiad, bo „zamawianie to marnowanie pieniędzy”.
Kiedy po południu odrabiam z dziećmi lekcje, słyszę pretensje, że dom jest za głośny. A gdy wieczorem padam ze zmęczenia, mąż rzuca: „Cały dzień w domu, a jesteś taka zmęczona?”. To wtedy najbardziej boli.
„Idź do pracy, to zobaczysz”
Najbardziej zapamiętałam sytuację sprzed kilku tygodni. Dzieci chorowały, ja nie spałam prawie całą noc, a rano usłyszałam, że obiad mógłby być „lepszy” i że „inne kobiety jakoś potrafią pracować i ogarniać dom”. Kiedy powiedziałam, że czuję się przeciążona, odpowiedź była krótka: „Idź na etat, przynajmniej coś wniesiesz”.
Zdarzyło się też, że przy dzieciach powiedział, że „mama tylko siedzi w domu”. Widziałam wtedy ich spojrzenia i poczułam wstyd, którego nie powinnam czuć. Bo czy naprawdę opieka nad nimi, dbanie o ich zdrowie, emocje i bezpieczeństwo to „siedzenie”?
Wiem, że takich kobiet jak ja są tysiące. Matek, które noszą na barkach całe funkcjonowanie domu, a mimo to czują się bezużyteczne, bo nie przynoszą pensji. Matek, które słyszą, że ich praca nie ma wartości, bo nie da się jej wpisać w CV.

Nie zgadzam się na odbieranie mi wartości
Nie wiem, ile jeszcze razy usłyszę, że „nic nie robię”, zanim naprawdę w to uwierzę. Nie wiem też, ile matek musi poczuć się tak samo niewidzialnych, żeby ktoś w końcu nazwał tę sytuację po imieniu. Bo to nie jest kwestia lenistwa ani braku ambicji – to powolne odbieranie wartości komuś, kto codziennie dba o wszystko, co dla innych jest oczywiste.
Piszę ten list z poczuciem bezsilności, ale też z nadzieją, że ktoś po drugiej stronie wreszcie zobaczy, ile kosztuje takie „nicnierobienie”. Bo jeśli dalej będziemy udawać, że praca w domu nie istnieje, to jednego dnia obudzimy się w świecie, w którym matki są zmęczone, wypalone i przekonane, że naprawdę do niczego się nie nadają.
A ja nie chcę, żeby moje dzieci dorastały w domu, w którym ich mama jest systematycznie umniejszana. Nie chcę, żeby uczyły się, że poświęcenie nie ma znaczenia, a troska nie jest warta szacunku. Bo jeśli nawet we własnym domu kobieta czuje się nikim, to gdzie ma poczuć, że jest kimś?
Dorota
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Odkąd urodziłam, teściowa wpada do nas, kiedy chce. Miarka się przebrała, gdy wparowała do sypialni”