Opiekunka na zimowisku: „Otworzyłam walizkę dziecka i zamarłam”
Pracuję jako opiekunka na zimowiskach od kilku lat. Widziałam już naprawdę wiele: dzieci, które płaczą pierwszej nocy, dzieci, które nie mogą zasnąć bez rozmowy z mamą przez telefon, dzieci, które pakują pół domu „na wszelki wypadek”. Myślałam, że niewiele mnie jeszcze zaskoczy. A jednak ten moment, kiedy otworzyłam jedną z walizek, zostanie ze mną na długo.

Nie dlatego, że znalazłam coś nielegalnego albo niebezpiecznego. Wręcz przeciwnie. Zamarłam, bo to, co było w środku, powiedziało mi bardzo dużo o tym pokoleniu – i o nas, dorosłych.
Walizka pełna rzeczy… i braku
W walizce było wszystko. Dosłownie wszystko, poza tym, co najważniejsze. Kilka powerbanków, słuchawki, tablet, zapas ładowarek. Kosmetyczka jak z drogerii dorosłej kobiety: serum, krem na noc, osobny balsam „po kąpieli”. Do tego trzy bluzy, każda nowa, jeszcze z metką.
Nie było za to rękawiczek. Nie było ciepłej czapki. Nie było zapasowych skarpet. Nie było nic, co sugerowałoby, że ktoś myślał o zimie, o śniegu, o zwykłym byciu na dworze.
Zamiast tego był lęk przed nudą. I potrzeba kontroli.
„A gdzie jest Wi-Fi?”
To pytanie padło pierwszego dnia. Nie raz, nie dwa. Padało regularnie. Dzieci chciały wiedzieć, czy będzie zasięg, czy można korzystać z telefonu, czy wieczorem będą mogły „pochillować” na ekranie. Kiedy mówiłam, że telefonów używamy tylko w wyznaczonym czasie, widziałam nie bunt, ale autentyczny niepokój.
Niektóre dzieci nie wiedziały, co zrobić ze sobą bez ekranu. Dosłownie. Siedziały na łóżkach, patrzyły w ścianę, pytały, „co teraz”. Jakby nikt wcześniej nie nauczył ich, że czasem po prostu się jest.
To nie dzieci mnie przeraziły. To dorośli
Bo prawda jest taka, że to nie jest wina dzieci. One przyjeżdżają z tym, co dostały. Z tym, czego je nauczono. Z tym, co uznano za ważne.
W walizkach widziałam nie rozpieszczone dzieci, ale dzieci, które zostały bardzo wcześnie wciągnięte w dorosły świat. Świat rzeczy, wyborów, decyzji, „musisz wiedzieć, czego chcesz”. A jednocześnie świat, w którym zabrakło miejsca na prostotę: brudne rękawiczki, mokre spodnie, zmęczenie po całym dniu na śniegu.
Pokolenie, które nie umie się zgubić
Najbardziej uderzyło mnie to, jak bardzo te dzieci bały się nie wiedzieć. Bały się nie mieć planu. Bały się, że coś je ominie. Bały się ciszy. Kiedy proponowaliśmy zwykłe zabawy — kulig, gry zespołowe, lepienie bałwana — część z nich nie potrafiła się w to wciągnąć. Jakby brakowało im instrukcji.
Pomyślałam wtedy, że to jest pokolenie, które nie ma przestrzeni na zagubienie, bo zawsze ktoś podpowiada, pokazuje, organizuje, wypełnia czas.
I dlatego tak bardzo potrzebują dorosłych
Nie kolejnych gadżetów. Nie jeszcze lepszej walizki. Nie checklisty „co spakować na zimowisko 2026”.
Potrzebują dorosłych, którzy powiedzą: „Nic się nie stanie, jeśli będzie nudno”. „Nic się nie stanie, jeśli się pobrudzisz”. „Nic się nie stanie, jeśli dziś po prostu pobędziesz”. Bo zimowisko to nie test samodzielności ani pokaz zaradności. To moment, w którym dziecko może być… dzieckiem. Nawet jeśli na co dzień bardzo się stara być dorosłe.
Ta walizka była dla mnie sygnałem
Nie ostrzeżeniem. Sygnałem, że coś nam się przesunęło, że chcemy dzieciom dać wszystko, a czasem odbieramy im to, co najprostsze. Że boimy się, by im czegoś nie zabrakło i dlatego dokładamy za dużo.
I że jeśli mówimy o tym, że „jakieś pokolenie wyginie”, to nie dlatego, że dzieci są słabsze. Tylko dlatego, że za rzadko pozwalamy im być niewystarczająco ogarniętymi, niedoskonałymi, zwyczajnymi. A może właśnie od tego powinniśmy zacząć pakowanie na kolejne ferie.