Reklama

Każdego ranka żegnam moją córkę w przedszkolu z poczuciem, że w domu staramy się wprowadzać jasne zasady – zdrowy „zimny chów”, konsekwencję, naukę samodzielności. A po południu wraca do domu rozpuszczona. I choć kocham ten jej uśmiech, w środku czuję złość i frustrację.

„W domu uczymy samodzielności, w przedszkolu… rozpieszczają”

Nie mówię, że panie w przedszkolu robią coś złego złośliwie. Wręcz przeciwnie – widzę, że zależy im, żeby dzieci czuły się dobrze, były szczęśliwe i bezpieczne. Problem w tym, że te same gesty, które w domu są zakazane lub ograniczone, w przedszkolu stają się normą. Na przykład: moja córka w domu musi sama sprzątać po zabawie, a w przedszkolu pani od razu podchodzi, poprawia, czasem robi za nią. W domu samodzielne jedzenie to punkt obowiązkowy, w przedszkolu jej pomagają, bo „biedne dziecko się poplami”.

Nie mogę nie zauważyć, że te różnice tworzą w niej pewien dysonans. Dziecko uczy się, że pewne zasady obowiązują tylko w domu, a w innym środowisku… wszystko jest dozwolone. I choć wiem, że nikt nie chce mi „psuć” dziecka, czasami mam wrażenie, że wychodzi z przedszkola bardziej rozpieszczona, niż powinna.

„Czuję się rozdarta między zaufaniem a zasadami”

Codziennie staram się balansować między tym, co chcę wprowadzić w domu, a tym, co dzieje się w przedszkolu. Chcę ufać wychowawczyniom, wiem, że kochają dzieci i robią, co w ich mocy. Ale z drugiej strony widzę, jak moja córka testuje granice, próbuje wymusić coś w domu, używając „strategii”, którą najpewniej poznała w przedszkolu. Wtedy pojawia się pytanie: czy moja konsekwencja ma sens, jeśli w innym środowisku dziecko może robić wszystko inaczej?

Czasami śmieszy mnie, kiedy wraca do domu i opowiada, jak pani pozwoliła jej nie sprzątać talerza. Ale za chwilę ten sam talerz w domu staje się powodem do kłótni i testowania zasad. Czuję wtedy bezsilność – bo wiem, że nie da się dzieciom całkowicie wytłumaczyć różnic między domem a przedszkolem, jednocześnie ucząc konsekwencji.

dziecko na placu zabaw
Mama w domu uczy dziecko samodzielności, fot. AdobeStock/Alinsa

Jak znaleźć złoty środek?

Nie mam złudzeń – to nie jest kwestia jednego przedszkola, jednej nauczycielki czy jednego dnia. To cały system, w którym dzieci funkcjonują w dwóch światach: domowym i przedszkolnym. W każdym z nich zasady bywają różne.

Szukamy równowagi między zaufaniem do wychowawców a własnym systemem wartości. Nie chcemy, żeby nasze dzieci były rozpieszczone tylko dlatego, że ktoś chce, aby były szczęśliwe w danym momencie. Chcemy, żeby uczyły się konsekwencji, samodzielności i szacunku dla reguł – nawet jeśli oznacza to chwilowe „nie” na coś, co chciałyby dostać od razu.

Zdaję sobie sprawę, że wychowawczynie działają najlepiej, jak potrafią, ale czasem – mam wrażenie – psują to, czego my uczymy w domu. Wiem, że musimy znaleźć sposób, żeby oba światy jakoś ze sobą współgrały.

Dziękuję za możliwość podzielenia się tym doświadczeniem – może inni rodzice również odnajdą w tym swoje dylematy i poczują, że nie są sami.

Maria


Komentarz Redakcji:

Rozumiemy emocje tej mamy, ale warto zatrzymać się przy przekonaniu, że „zimny chów” jest najlepszą drogą do wychowania samodzielnego dziecka. Współczesna wiedza pokazuje coś innego – bliskość, wsparcie i reagowanie na potrzeby nie rozpieszczają, tylko budują poczucie bezpieczeństwa, które jest fundamentem samodzielności. Również określenie, że dziecko „wymusza”, bywa krzywdzące – dzieci nie manipulują świadomie, tylko komunikują potrzeby i uczą się emocji oraz granic.

Przedszkole nie ma „utwardzać” dzieci, ale je wspierać – także w trudniejszych momentach. To naturalne, że zasady w domu i w placówce się różnią. Być może więc nie chodzi o to, że przedszkole „psuje” dzieci, ale o zderzenie dwóch stylów wychowania. A dziecko, jak zawsze, próbuje się w tym odnaleźć najlepiej, jak potrafi.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Zadzwoniła z przedszkola do rodzica 3-latki: „Niech Pani nie dzwoni z takimi bzdetami”

Reklama
Reklama
Reklama