Reklama

Gdy mój synek zbliżał się do wieku przedszkolnego, długo zastanawialiśmy się z mężem nad wyborem placówki. Zależało nam na najlepszym możliwym starcie. Chcieliśmy zapewnić mu edukację na najwyższym poziomie, dlatego zdecydowaliśmy się na prywatne przedszkole. Koszt? 2 tysiące złotych miesięcznie. To była dla nas ogromna suma, ale wierzyliśmy, że warto. Miejsce miało świetne opinie, a program edukacyjny wyglądał imponująco.

Wybraliśmy prywatne przedszkole i dużo nas to kosztowało

Placówka oferowała wszystko: naukę języka angielskiego z native speakerem, rytmikę, gimnastykę, zajęcia artystyczne, logopedię i wiele innych aktywności. Sale były kolorowe, dobrze wyposażone, a kadra wydawała się bardzo zaangażowana. Wierzyliśmy, że to inwestycja w przyszłość naszego dziecka. Nie chcieliśmy oszczędzać na edukacji, bo chcieliśmy, by synek miał przewagę w szkole podstawowej.

Zajęcia dodatkowe, które miały dać dziecku przewagę

Codziennie po przedszkolu synek opowiadał nam o tym, czego się nauczył. Angielski był prowadzony dwa razy w tygodniu, logopeda pracował z nim raz w tygodniu, a do tego plastyka, taniec, teatrzyk, a nawet robotyka i kodowanie. Brzmiało to wspaniale i byłam spokojna, że nasze pieniądze nie idą na marne.

Zdarzało się, że nie miał czasu na zabawę w domu, bo był zmęczony po całym dniu. Czasami zastanawiałam się, czy nie za dużo tego wszystkiego, ale pocieszałam się myślą, że w szkole na pewno mu się to opłaci. Wyobrażałam sobie, że w pierwszej klasie będzie błyszczał – będzie znał litery, umiał czytać, liczyć, pisać proste słowa. Przecież za to płaciliśmy, prawda?

prywatne przedszkole
Matka była pewna, że po prywatnym przedszkolu synek będzie błyszczał w szkole, fot. AdobeStock/Anna

Szkolna rzeczywistość, która przyniosła rozczarowanie

Wszystko zmieniło się, gdy zaczął szkołę podstawową. Już na pierwszych zebraniach zaczęły do mnie docierać informacje, które były jak kubeł zimnej wody. Okazało się, że mój syn wcale nie wyróżnia się na tle innych dzieci. Nie jest ani najlepszy z matematyki, ani z czytania, a z pisania wręcz miewa kłopoty. Oceny nauczycielki są przeciętne, a w niektórych dziedzinach – jak pisanie – zdarza się, że wypada słabiej niż dzieci, które chodziły do publicznych przedszkoli.

Byłam w szoku. Przez lata byłam przekonana, że dajemy mu przewagę, a tymczasem on nie ma żadnej przewagi. Pytam siebie: na co poszły te pieniądze? Czy prywatne przedszkole było tylko kolorową fasadą? Czy za wysoką opłatą kryła się tylko dobra organizacja, ale niekoniecznie lepsze przygotowanie do szkoły?

Czuję się oszukana. Zainwestowaliśmy 2 tysiące miesięcznie, wierząc, że to zaprocentuje. Tymczasem dziś mam poczucie, że syn mógł osiągnąć ten sam poziom – albo i wyższy – uczęszczając do zwykłego, publicznego przedszkola. Jestem rozczarowana i zła. Zastanawiam się, ile innych rodziców dało się nabrać na podobną obietnicę lepszego startu dzięki prywatnej edukacji.

Czy prywatne przedszkole rzeczywiście gwarantuje lepszy start w szkole? Moje doświadczenie mówi, że nie. I nie chodzi tylko o pieniądze, ale o to, że obiecano mi coś, czego nie otrzymałam – pewność, że moje dziecko będzie lepiej przygotowane do edukacji szkolnej.

Monika H.


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Jestem z pokolenia „rodziców-potworów”. Nie dziwię się, że nauczyciele mają nas dość

Reklama
Reklama
Reklama