Reklama

„Mój syn ma cztery lata i jest w tym wieku, w którym chłonie słowa jak gąbka. Powtarza wszystko – to, co usłyszy w domu, w bajkach, na podwórku. Czasem są to zdania zabawne, czasem kompletnie zaskakujące, a czasem… kompromitujące” – zaczyna swój list czytelniczka.

Jak pisze, z mężem starają się uważać na język, ale życie bywa życiem. „Nie wszystko da się wyfiltrować, zwłaszcza kiedy w grę wchodzą emocje, stres i zmęczenie. A dzieci nie mają jeszcze tej społecznej cenzury, która podpowiada: tego nie wypada powiedzieć głośno”.

Zbliżające się ferie i rodzinne plany

Mama wyjaśnia, że w ich województwie zbliżają się ferie. „Oboje z mężem pracujemy, więc postanowiliśmy, że na tydzień przyjedzie do nas teściowa, żeby pomogła nam z opieką nad synem. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale inne w tej chwili nie wchodzi w grę”.

Dodaje, że relacje z teściową są… skomplikowane. „Nie będę owijać w bawełnę – nie jest moją ulubioną osobą na świecie. Czasem w domu pozwalam sobie na żarty albo ironiczne komentarze na jej temat, myśląc, że dziecko tego nie wychwyci. Jak się później okazało – to była naiwność”.

„Do nas przyjedzie ta gangrena”

Kulminacja nastąpiła w przedszkolnej szatni. „Ostatnio zaprowadziłam synka do przedszkola. Przebierał się spokojnie, kiedy podszedł do niego kolega z grupy. Zaczęli rozmawiać o feriach, o tym, kto gdzie jedzie, kto do kogo przyjedzie”.

I wtedy padło zdanie, które mama zapamięta do końca życia. „Nagle usłyszałam, jak mój czterolatek z dumą oznajmia: ‘Do nas przyjedzie ta gangrena’. Zamarłam. Przez sekundę nie wiedziałam, czy dobrze usłyszałam, czy może to jakiś koszmar”.

Mama kolegi, stojąca obok, wybuchnęła śmiechem. „Mnie nie było do śmiechu. Czułam, jak palą mnie policzki. Chciałam zapaść się pod ziemię, wciągnąć dziecko pod kurtkę i uciec”.

Nauczka na przyszłość

Po chwili mama wzięła syna na bok i spokojnie wytłumaczyła mu, że tak się nie mówi. „Nie krzyczałam, nie robiłam scen. Wiedziałam, że on nie miał złych intencji. Po prostu powtórzył słowo, które kiedyś padło w domu”.

Jak pisze, to była dla niej bolesna, ale potrzebna lekcja. „Dzieci są jak lustra. Odbijają to, co widzą i słyszą. Jeśli ja pozwalam sobie na pogardliwe żarty, to nie mogę się dziwić, że one wychodzą na świat”.

Dziś śmieje się z tej sytuacji, ale przyznaje, że od tamtej pory dużo bardziej uważa na słowa. „Bo nigdy nie wiem, kiedy mój syn postanowi je powtórzyć – i to w najmniej odpowiednim momencie”.

Zobacz także: Czy nauczycielki przedszkolne powinny zmieniać dzieciom pieluchy? Matka: „To ich śmierdzący obowiązek!”

Reklama
Reklama
Reklama