Reklama

Droga Redakcjo, piszę do Was, bo czuję, że utknęłam w sytuacji, która z zewnątrz wygląda na sprawiedliwą, a w środku… zwyczajnie mnie niszczy.

Z moim partnerem od początku ustaliliśmy, że wszystko dzielimy po równo. Rachunki, zakupy, opłaty za przedszkole naszego starszego dziecka, mleko dla młodszego – 50/50. Brzmiało to nowocześnie, partnersko, uczciwie.

Tylko że życie szybko pokazało, że „po równo” nie zawsze znaczy „sprawiedliwie”.

Podział 50/50 w rodzinie – czy to sprawiedliwe?

Zarabiam mniej niż mój partner. I to sporo mniej. On ma stabilną pracę, premie, dodatkowe benefity. Ja wróciłam do pracy po drugim urlopie macierzyńskim i do dziś nie udało mi się odbudować swojej pozycji zawodowej.

A mimo to co miesiąc dokładamy do wspólnego budżetu tyle samo.

Pod koniec miesiąca u niego nadal zostają pieniądze. U mnie – nie. Czasem zostaje kilkadziesiąt złotych, czasem nic.

Zaczęłam łapać się na tym, że odmawiam sobie rzeczy, które kiedyś były dla mnie normalne. Nowa bluzka? Poczekam. Wizyta u fryzjera? Może w przyszłym miesiącu.

I choć teoretycznie wszystko robimy „po równo”, to ja czuję, że dźwigam większy ciężar.

„To przecież uczciwe” – słyszę. Ale czy na pewno?

Kiedy próbuję o tym rozmawiać, słyszę: „Przecież dzielimy wszystko po równo”. Wtedy zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę chodzi tylko o liczby.

Bo przecież poza pieniędzmi jest jeszcze coś więcej. To ja częściej odbieram dziecko z przedszkola, to ja zostaję z nim w domu, kiedy jest chore. To ja częściej rezygnuję z pracy albo biorę wolne.

Czy to też jest liczone „po równo”?

Nie chcę robić z siebie ofiary. Wiem, że mój partner pracuje ciężko i też się stara. Ale coraz częściej czuję, że ten model po prostu nie uwzględnia naszej rzeczywistości.

Jeśli jedna osoba zarabia więcej, a druga mniej – to czy naprawdę sprawiedliwe jest dzielenie wszystkiego pół na pół?

finanse w rodzinie
Dzielenie wydatków pół na pół może się nie sprawdzać, jeśli rodzice zarabiają różnie, fot. AdobeStock/Miljan Živković

Związek to nie matematyka

Najbardziej boli mnie to, że zaczynam odczuwać napięcie, którego wcześniej nie było. Zamiast poczucia wspólnoty, pojawia się rozliczanie. Zamiast „nasze” – coraz częściej myślę „moje” i „jego”. A przecież nie o to chodziło.

Chciałam związku opartego na partnerstwie. Na wzajemnym wsparciu. Na poczuciu, że gramy do jednej bramki.

Tymczasem pod koniec miesiąca czuję się zmęczona i… trochę samotna w tym wszystkim.

Może inne kobiety też mają podobne doświadczenia i też zastanawiają się, czy „po równo” naprawdę oznacza „sprawiedliwie”. Bo ja coraz częściej mam wrażenie, że nie.

Z wyrazami szacunku,
czytelniczka

Komentarz redakcji: Podział wydatków w relacji to jeden z tych tematów, który rzadko bywa czarno-biały. Model 50/50 może sprawdzać się w niektórych związkach, ale tylko wtedy, gdy obie strony mają zbliżone dochody i podobne możliwości finansowe. W przeciwnym razie łatwo o poczucie nierówności – nawet jeśli formalnie wszystko się zgadza.

W rodzinie zwykle lepiej sprawdza się podział proporcjonalny do zarobków lub tworzenie wspólnego budżetu, do którego każdy dokłada według swoich możliwości. Ważniejsze niż sztywne zasady jest poczucie bezpieczeństwa i partnerstwa – bo domowy budżet to nie arkusz kalkulacyjny, tylko codzienne życie dwóch (lub więcej) osób.


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Córka wróciła od koleżanki głodna. „Ciocia powiedziała, że dla mnie nie starczyło już spaghetti”

Reklama
Reklama
Reklama