Polonistki nie ma w szkole już trzeci tydzień. „Niepoważne traktowanie uczniów”
Na początku myślałam, że to tylko chwilowa nieobecność. Teraz mijają kolejne dni i zaczynam mieć wrażenie, że ktoś po prostu zapomniał o naszych dzieciach.

Piszę do Państwa jako mama ucznia szkoły podstawowej. Nie chcę podawać konkretnej placówki, bo nie o to chodzi, żeby kogokolwiek piętnować. Chodzi o problem, który – jak słyszę od innych rodziców – wcale nie jest odosobniony.
Naszej pani od języka polskiego nie ma w szkole już trzeci tydzień. Na początku dzieci dostały informację, że nauczycielka jest chora. Zrozumiałe. Każdy może zachorować, to przecież normalne.
Ale potem zaczęło się coś, co trudno mi zaakceptować.
Trzy tygodnie bez lekcji – i bez informacji
Przez pierwsze dni dzieci miały zastępstwa. Potem zaczęły się „okienka”, odwołane lekcje albo zajęcia z przypadkowymi nauczycielami, którzy – co zrozumiałe – nie byli w stanie realizować programu.
Mój syn wracał do domu i mówił, że „znowu nic nie robili”. Najpierw się cieszył, jak każde dziecko. Ale po kilku dniach zaczął pytać: „Mamo, a kiedy wróci nasza pani?”.
I ja nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć.
Szkoła nie przekazała nam żadnych konkretnych informacji. Nie ma komunikatu, nie ma planu, nie ma nawet próby wyjaśnienia sytuacji. Wszystko opiera się na domysłach i półsłówkach.
Dzieci zostawione same sobie
Najbardziej boli mnie to, że w tym wszystkim zupełnie pominięto dzieci.
To nie jest „wolna godzina”, jak może się wydawać. To realna strata – szczególnie dla uczniów starszych klas, którzy mają przed sobą egzaminy.
Język polski to nie jest przedmiot, który można nadrobić „przy okazji”. To czytanie lektur, pisanie wypracowań, przygotowanie do sprawdzianów. Tego nie da się zrobić bez nauczyciela.
Mój syn zaczął się stresować. Mówi, że nie wie, czy dobrze pisze, czy rozumie materiał. Nie ma kogo zapytać, nie ma kto go poprawić.
I to jest dla mnie najtrudniejsze – patrzeć, jak dziecko traci pewność siebie, bo system zawodzi.

Gdzie jest odpowiedzialność szkoły?
Rozumiem, że nauczyciel może być nieobecny. Naprawdę. Nie mam do nikogo pretensji o chorobę. Ale nie rozumiem braku organizacji.
Czy naprawdę przez trzy tygodnie nie da się znaleźć zastępstwa? Czy nie można ułożyć planu tak, żeby dzieci miały normalne lekcje? Czy nie można po prostu powiedzieć rodzicom, co się dzieje?
To milczenie odbieram jako brak szacunku. Do dzieci, które mają prawo do edukacji. I do nas, rodziców, którzy chcą wiedzieć, co się dzieje w szkole.
Nie oczekuję cudów. Oczekuję podstawowej odpowiedzialności.
Bo szkoła to nie jest przechowalnia. To miejsce, które ma uczyć, wspierać i dawać poczucie stabilności. A dziś mam wrażenie, że ktoś o tym zapomniał.
Anna Cz.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Dorota Zawadzka popiera zakaz telefonów dla dzieci. „Rodzice kompletnie nie rozumieją”