Reklama

Poszłam z moją siedmioletnią córką do Dino. Lista była krótka: jogurty, ser żółty, mąka, bo się skończyła, i smalec – planowałam na tłusty czwartek usmażyć domowe chruściki. Niewielki sklep, więc siłą rzeczy kilka razy mija się te same osoby.

Zauważyłam kobietę z chłopcem mniej więcej w wieku mojej córki. Na jej twarzy malowało się zmęczenie – takie prawdziwe, głębokie. Na jego twarzy zobaczyłam coś, co mnie zmroziło. Pogardę.

Patrzył na nią jak na kogoś, kto ma spełniać polecenia. Nie jak na mamę. Jak na obsługę.

„To biorę”. „To też”. „I jeszcze to”.

Bez „proszę”. Bez pytania, czy może. Bez zawahania. Wskazywał palcem kolejne rzeczy, a ona – niemal automatycznie – wkładała je do koszyka. Baton, chipsy, napój, zabawka przy kasie. Zero rozmowy. Zero granic.

Kiedy dziecko rządzi – a dorosły się tłumaczy

Najbardziej uderzyło mnie to, że ona się tłumaczyła. „Ale w domu masz jeszcze słodycze”. „Może następnym razem”. Mówiła cicho, jakby bała się jego reakcji. A on przewracał oczami.

W pewnym momencie syknął: „No weź, nie wygłupiaj się”.

Zrobiło mi się wstyd. Nie za niego. Za nas, dorosłych.

Bo to my uczymy dzieci, że wszystko im się należy. Że wystarczy chcieć – a świat się ugnie. Że rodzic jest od spełniania zachcianek, nie od stawiania granic.

Moja córka stała obok mnie. Złapała mnie za rękę i zapytała szeptem: „Mamo, czemu on tak mówi do swojej mamy?”. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Że może jest zmęczony? Że ma gorszy dzień? A może że po prostu tak został nauczony?

chłopiec w wieku tween w sklepie
Czy współczesne dzieci są rozpieszczone? fot. AdobeStock/Светлана Мищенко

Pokolenie pączków w maśle

Wyszłam z tego sklepu ze łzami w oczach. Nie dlatego, że jedno dziecko było niegrzeczne. Tylko dlatego, że coraz częściej widzę podobne sceny.

Dzieci, które nie proszą – tylko żądają. Które nie czekają – tylko domagają się natychmiast. Które nie słyszą „nie”, bo rodzice boją się konfliktu, płaczu, sceny przy kasie.

Wychowujemy pokolenie pączków w maśle. Dzieci, które od małego uczą się, że świat jest miękki i dopasowany do nich. Tylko że świat taki nie jest. I prędzej czy później boleśnie to zweryfikuje.

Nie chodzi o to, by odmawiać wszystkiego. Moja córka też dostaje czasem słodycze czy drobiazg bez okazji. Ale musi powiedzieć „proszę”. Musi usłyszeć „nie” i to zaakceptować. Musi wiedzieć, że mama nie jest bankomatem ani osobistą asystentką.

Tamta kobieta w Dino wyglądała na dobrą matkę. Zmęczoną, ale dobrą. I może właśnie dlatego ta scena tak mnie poruszyła. Bo pomyślałam, że każda z nas może kiedyś stać w tym miejscu – między regałem z chipsami a kasą – i zastanawiać się, w którym momencie oddała ster.

A ja naprawdę nie chcę wychować dziecka, które spojrzy na mnie z pogardą. Nawet w małym sklepie osiedlowym, między regałem z mąką a lodówką ze smalcem na chruściki.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Samodzielność zaczyna się w sklepie. Ta prosta metoda działa lepiej niż obowiązki domowe

Reklama
Reklama
Reklama