Przed urodzinami syna wysyła dziadkom listę. „Nie potrzebujemy chłamu z bazaru za grosze”
Do naszej redakcji napisała młoda mama, która przed urodzinami syna zrobiła coś, co w jej rodzinie wywołało prawdziwą burzę. W liście opisuje, dlaczego zaczęła wysyłać dziadkom dokładne wytyczne dotyczące prezentów – i czemu nie zamierza z tej praktyki rezygnować.

Mój syn niedawno skończył pięć lat. Jest bystrym, ciekawym świata chłopcem, kocha książki, puzzle i klocki. Rok temu uświadomiłam sobie coś bardzo niewygodnego – po każdych urodzinach, imieninach czy świętach nasze mieszkanie zalewa fala plastikowych zabawek, które po tygodniu lądują na dnie skrzyni, z urwaną rączką albo bez baterii.
Kolorowe pistolety, chińskie samochodziki, świecące figurki, zestawy DIY, które rozpadają się po pięciu minutach. Wszystko kupione impulsywnie – na bazarze, w pierwszym lepszym kiosku albo na promocji w markecie. Intencje są dobre, wiem. Dziadkowie chcą sprawić radość wnukowi. Tylko że radość trwa chwilę, a bałagan i poczucie marnotrawstwa zostają na długo.
W pewnym momencie stwierdziłam: dość. Nie potrzebujemy kolejnych rzeczy, które tylko zajmują miejsce.
Wysłałam listę – konkret, bez zgadywania
Dlatego w zeszłym roku, przed urodzinami syna, wysłałam rodzicom i teściom listę propozycji prezentów. Bez owijania w bawełnę. Kilka tytułów książek, konkretne zestawy klocków, puzzle, piżama w rozmiarze, bluza na jesień. Rzeczy, które naprawdę się przydadzą.
Nie było tam nic drogiego ani ekstrawaganckiego. Chodziło mi tylko o to, żeby prezent nie był przypadkowy.
Reakcje? Różne.
Moi rodzice przyjęli to spokojnie – nawet z ulgą. Stwierdzili, że wreszcie nie muszą się zastanawiać, co kupić, ani bać się, że trafią kulą w płot.
Za to teściowie… cóż. Oburzenie to mało powiedziane. Usłyszałam, że robię z urodzin targowisko próżności, że „za naszych czasów cieszyło się z wszystkiego”, że odbieram im radość z wybierania prezentów. A kiedy powiedziałam, że nie chcę tandety z bazaru za grosze, zrobiło się lodowato.
Ale ja nie zamierzam udawać, że każdy podarunek jest wspaniały tylko dlatego, że ktoś go kupił.
To ja potem sprzątam i tłumaczę dziecku
Bo to nie dziadkowie żyją z tymi rzeczami na co dzień. To ja segreguję zabawki, wynoszę połowę do piwnicy, oddaję kolejne worki na zbiórki charytatywne. To ja tłumaczę synowi, czemu nie wszystko da się zatrzymać, choć dostał to na urodziny.
Nie chcę wychowywać go w przekonaniu, że ilość jest ważniejsza niż jakość. Wolę trzy dobre książki niż dziesięć plastikowych gadżetów, które za chwilę wylądują w koszu.
Czy jestem kontrolująca? Może. Ale robię to z myślą o dziecku i o naszym domu, a nie po to, by kogokolwiek upokorzyć.
W tym roku znów wysłałam listę. I znów wiem, że komuś się to nie spodoba. Tylko że coraz mniej mnie to obchodzi. To są urodziny mojego syna – i nasze rodzinne zasady.
Komentarz redakcji
Prośba o konkretne prezenty może być dla dziadków trudna do przyjęcia – zwłaszcza jeśli czują, że odbiera im się spontaniczność i radość z obdarowywania. Z drugiej strony rodzice mają prawo ustalać zasady dotyczące tego, co trafia do ich domu i czym bawi się dziecko. Kluczem – jak zwykle – jest rozmowa bez pogardy i wzajemne zrozumienie intencji, które po obu stronach zwykle są dobre.
Zobacz także: Nikt nie przyszedł na urodziny mojej córki. Tak rodzice uczą dzieci okrucieństwa