Rodzice apelują o wydłużenie pracy świetlic. „Ktoś musi zająć się dzieckiem”
To nie jest głos jednej sfrustrowanej matki, ale krzyk wielu rodzin, które codziennie zderzają się z tym samym problemem. System działa tylko na papierze, a życie dopisuje do niego własne, brutalne przypisy.

Szanowna Redakcjo, piszę do Was ten list, bo czuję, że za chwilę po prostu pęknę. Nie z bezsilności jednego dnia, ale z narastającego zmęczenia, które zbiera się tygodniami i miesiącami.
Jestem matką dziecka w wieku wczesnoszkolnym i – jak wielu rodziców – codziennie balansuję między pracą, obowiązkami a realiami systemu, który kompletnie nie nadąża za naszym życiem. Chciałabym wierzyć, że wystarczy dobra organizacja i „ogarnięcie się”, ale są momenty, kiedy to zwyczajnie nie wystarcza.
Świetlica szkolna nie kończy się razem z pracą rodziców
Mój dzień wygląda jak u tysięcy innych rodziców. Praca do 16:00 lub 17:00, często z dojazdem. Tymczasem świetlica szkolna działa do godziny 16:30. I tu zaczyna się codzienny stres. Bo ktoś musi odebrać dziecko. Bo ktoś musi się nim zająć. Bo dziecko nie może samo wrócić do domu, a nie każdy ma babcię pod ręką, nianię na etacie czy elastycznego szefa.
Słyszę czasem: „Trzeba było to przewidzieć”. Tylko jak przewidzieć coś, co dotyczy podstawowej opieki nad dzieckiem w wieku 7–9 lat? Szkoła wymaga obecności dziecka, państwo wymaga pracy, a rodzic zostaje pomiędzy – z telefonem w ręku i myślą, kogo dziś prosić o pomoc.
Rodzice nie proszą o luksus, tylko o minimalne wsparcie
Nie prosimy o złote klamki ani zajęcia dodatkowe do wieczora. Prosimy o wydłużenie godzin pracy świetlicy. O realne dostosowanie jej do godzin pracy rodziców, a nie do urzędniczych tabel. Dzieci w świetlicy często i tak czekają, odrabiają lekcje, rysują, bawią się. To nie jest fanaberia, to bezpieczna przestrzeń.
Jako rodzice coraz częściej czujemy wstyd, że „znów nie wyrabiamy”. Że znów musimy wyjść wcześniej z pracy, tłumaczyć się szefowi albo kombinować na ostatnią chwilę. A przecież to nie jest nasza porażka. To luka w systemie, który zakłada, że ktoś „na pewno się znajdzie”.

„Ktoś musi zająć się dzieckiem” – ale kto?
Najbardziej boli mnie to zdanie, które słyszę w głowie niemal codziennie: ktoś musi zająć się dzieckiem. Tylko że tym „kimś” zawsze ma być rodzic, nawet jeśli fizycznie nie ma takiej możliwości. Nie każdy pracuje zdalnie. Nie każdy ma rodzinę w tym samym mieście. Nie każdy może sobie pozwolić na płatną opiekę.
Piszę ten list w imieniu swoim, ale też wielu matek i ojców, z którymi rozmawiam pod szkołą, na grupach rodzicielskich, w biegu między pracą a odbiorem dzieci. Wszyscy mówimy to samo: jesteśmy zmęczeni i zostaliśmy z tym problemem sami.
Dlatego apeluję – jako matka, jako rodzic, jako obywatelka – o realną dyskusję i konkretne decyzje. Wydłużenie pracy świetlic to nie kaprys. To odpowiedź na realne życie rodzin, które każdego dnia próbują połączyć obowiązki zawodowe z troską o swoje dzieci.
Z poważaniem,
Alicja
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Zdradziła, jak dzieli rodziców odbierających dzieci z przedszkola. „Ten typ jest najgorszy”