Reklama

W ubiegłym tygodniu musiałam zostać chwilę dłużej w pracy. Naprawdę chwilę – nie planowałam tego, ale wyszło, jak wyszło. Spojrzałam na zegarek i już wiedziałam, że nie wyrobię się na czas. 20 minut spóźnienia. Zdarza się. Każdemu.

Pędziłam do przedszkola z wyrzutami sumienia. W głowie miałam tylko syna – czy się martwi, czy został już sam, czy panie się denerwują.

Wpadłam do środka zdyszana. I ten widok zostanie ze mną na długo.

Mój syn siedział w szatni – ubrany już w kurtkę, czapkę, szalik. Ubrany za wcześnie, bo był cały zgrzany, czerwony na twarzy. Widać było, że siedzi tak od dłuższej chwili. Nad nim nauczycielka – patrząca to na drzwi, to na zegarek.

Kiedy weszłam, nie padło „dzień dobry”. Usłyszałam syknięte: „No wreszcie mamusia sobie przypomniała o dziecku”.

Zamarłam.

Wstyd, który nie powinien boleć aż tak

Oczywiście, było mi głupio, że się spóźniłam. Nie przyszłam po syna z kawą w ręku po zakupach w galerii. Nie zapomniałam o nim. Nie siedziałam z koleżanką na plotkach.

Pracowałam.

A mimo to w tamtej chwili poczułam się jak najgorsza matka. Jak ktoś nieodpowiedzialny, kto „przypomina sobie” o własnym dziecku.

Nie odpowiedziałam nic ostrego. Przeprosiłam. Wzięłam syna za rękę. Dopiero w domu, kiedy emocje opadły, dotarło do mnie, jak bardzo zabolał mnie ten komentarz.

Bo to nie było zwykłe zwrócenie uwagi. To było publiczne zawstydzenie. Przy moim dziecku.

Syn zapytał później: „Mamo, czemu pani była zła?”. I to pytanie ukuło mnie bardziej niż tamte słowa.

Czy naprawdę nie ma w nas odrobiny zrozumienia?

Rozumiem, że nauczycielki też chcą skończyć pracę o czasie. Że mają swoje życie, swoje rodziny. Szanuję to. Gdybym spóźniała się notorycznie – zrozumiałabym stanowczą reakcję.

Ale to było jednorazowe 20 minut.

Czy naprawdę nie można było powiedzieć spokojnie: „Proszę następnym razem uprzedzić, jeśli będzie pani później”? Czy trzeba było sięgać po ironię, która trafia prosto w poczucie winy matki?

Pracujące mamy i tak żyją w permanentnym napięciu. Zawsze gdzieś za późno, zawsze rozdarte między obowiązkiem a dzieckiem. I naprawdę ostatnie, czego potrzebujemy, to komentarz sugerujący, że „zapominamy” o własnych dzieciach.

Nie piszę tego, żeby kogoś atakować. Piszę, bo wiem, że wiele z nas było w podobnej sytuacji. Jedno spóźnienie – i od razu łatka.

A przecież za tymi 20 minutami nie stoi brak miłości. Czasem stoi po prostu życie, które nie mieści się w idealnych godzinach odbioru z przedszkola.

Zobacz także: Scena pod tablicą odbiera mowę. Nauczyciel: „Z dziećmi nigdy nie było tak źle”

Reklama
Reklama
Reklama