„Szkoła to nie hotel all-inclusive”. Matka załamana przykrą wiadomością w Librusie
Nie spodziewałam się, że zwykłe sprawdzenie Librusa aż tak mnie zaboli. Jedna wiadomość wystarczyła, żebym przez resztę dnia nie mogła przestać o tym myśleć.

Jestem mamą ucznia szkoły podstawowej. Jak wielu rodziców codziennie loguję się do dziennika elektronicznego – sprawdzam oceny, uwagi, wiadomości od nauczycieli. I ostatnio przeczytałam coś, co mnie po prostu przygniotło.
Wychowawczyni napisała wprost: moje dziecko regularnie przychodzi nieprzygotowane. Brakuje zeszytów, podręczników, a nawet kapci. I na końcu zdanie, które najbardziej zapadło mi w pamięć: „Szkoła to nie hotel all-inclusive, gdzie wszystko będzie podstawione pod nos”.
Gdzie kończy się obowiązek dziecka, a zaczyna rodzica?
Z jednej strony wiem, że nauczycielka ma rację. To nie jest jej rola, żeby pilnować każdego szczegółu za ucznia. Dzieci powinny uczyć się odpowiedzialności, organizacji, samodzielności.
Ale z drugiej strony – to wciąż dzieci.
Mój syn ma dopiero kilka lat szkolnego doświadczenia. Wciąż się uczy, wciąż zapomina, wciąż gubi rzeczy. Czasem zostawi zeszyt w szkole, czasem zapomni kapci, czasem powie mi wieczorem, że „nic nie było zadane”, a rano okazuje się inaczej.
I ja, jako mama, próbuję nad tym panować. Sprawdzam, przypominam, pytam. Ale nie zawsze jestem w stanie wszystko kontrolować.
Słowa, które bolą bardziej niż sam problem
Najbardziej dotknęło mnie nie to, że dziecko czegoś nie miało. To da się poprawić. To można wypracować. Zabolał mnie ton.
To jedno zdanie o „hotelu all-inclusive” zabrzmiało jak zarzut – nie tylko wobec mojego dziecka, ale też wobec mnie jako rodzica. Jakby ktoś powiedział: „Nie radzicie sobie, nie ogarniacie, oczekujecie za dużo od szkoły”.
A przecież ja nie oczekuję, że ktoś zrobi coś za moje dziecko. Chcę tylko, żeby było traktowane z odrobiną zrozumienia. Za tym każdym nieszczęsnym zapomnianym zeszytem stoi konkretna historia. Pośpiech rano, zmęczenie, roztargnienie, czasem zwykłe dziecięce zapomnienie.

Szkoła to nie hotel, ale to też nie wojsko
Zgadzam się – szkoła nie jest miejscem, gdzie wszystko podaje się na tacy. Ale czy musi być miejscem, gdzie komunikaty brzmią tak ostro?
Dzieci uczą się odpowiedzialności krok po kroku. Potrzebują przypomnień, wsparcia, czasem wyrozumiałości. A rodzice – informacji, ale podanych w sposób, który nie rani.
Kiedy czytam takie wiadomości, nie czuję motywacji do działania. Czuję wstyd i bezsilność. A przecież jesteśmy po tej samej stronie. Wszyscy chcemy, żeby dzieci się rozwijały, uczyły i radziły sobie coraz lepiej.
Dlatego chciałabym, żebyśmy – jako dorośli – częściej pamiętali, że za każdym „nieprzygotowanym uczniem” stoi dziecko, które dopiero się uczy. I rodzic, który naprawdę się stara.
Monika Sz.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Matka zdradziła sekret szkolnych konkursów. „Wystarczyło jedno spojrzenie na tablicę”