„Szkolna wystawa uświadomiła mi, że rodzice nie mają skrupułów. Przy tym wychowują cwaniaków”
Przychodzę po córkę do szkoły i od razu mój wzrok przyciąga kolorowa wystawa wielkanocnych prac na korytarzu. Pisanki, stroiki, kurczaczki z rolek po papierze. Zatrzymuję się na chwilę i… czuję dziwny ścisk w żołądku. Bo obok uroczych, trochę krzywych, trochę nieporadnych prac są też takie, które wyglądają jak kupione w sklepie z drogimi dekoracjami świątecznymi. Idealne. Zbyt idealne.

I wtedy myślę sobie: przecież to miały być prace konkursowe dzieci, a nie ich rodziców.
To widać od razu
Moja córka jest w drugiej klasie. Część prac powstała na lekcjach – i to naprawdę widać. Nierówne linie, klej, który trochę wypłynął, oczy kurczaka przyklejone nie do końca symetrycznie. I właśnie te prace podobają mi się najbardziej, bo są prawdziwe. Są dziecięce.
Ale obok nich stoją stroiki dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Perfekcyjnie dobrane kolory, misternie ułożone elementy, techniki, których przeciętne siedmio- czy ośmioletnie dziecko po prostu nie zna. I nie chodzi o to, że dzieci nie są zdolne. Chodzi o to, że pewnych rzeczy… po prostu jeszcze nie potrafią.
To widać od razu: ktoś dorosły zrobił to za nie.
Kiedy konkurs przestaje być dla dzieci
Zaczynam się zastanawiać, co właściwie dzieje się w takich sytuacjach. Bo przecież idea konkursów szkolnych jest prosta: zachęcić dzieci do działania, rozwijać kreatywność, dać im satysfakcję z własnej pracy.
A co dostają dzieci, które widzą „idealne” prace innych?
Porównanie. Zawstydzenie. Poczucie, że ich wysiłek jest niewystarczający.
Bo jak ma się poczuć dziecko, które samodzielnie zrobiło pisankę, widząc obok małe dzieło sztuki, które spokojnie mogłoby stanąć na półce w sklepie? Jak ma uwierzyć, że też jest „wystarczająco dobre”?
Mam wrażenie, że w tym wszystkim gubimy sens. Zamiast wspierać dzieci, uczymy je czegoś zupełnie innego – że liczy się efekt, nawet jeśli nie jest twój.
Uczymy dzieci oszustwa – nawet jeśli nieświadomie
Najbardziej niepokoi mnie to, jaki komunikat stoi za takimi „pomocnymi” działaniami rodziców. Bo to już nie jest wsparcie. To wyręczanie. A wyręczanie w konkursie to nic innego jak oszustwo – nawet jeśli mówimy o papierowym kurczaku czy wielkanocnym stroiku.
Dziecko widzi, że można oddać coś, czego się samemu nie zrobiło. Że nagroda czy pochwała mogą przyjść za cudzą pracę. Że liczy się wygrana, nie proces. I choć brzmi to poważnie jak na szkolny konkurs plastyczny, to przecież właśnie z takich małych sytuacji budują się większe postawy.
Ja wolę, żeby moja córka przegrała z własną, krzywą pisanką, niż wygrała czymś, czego sama nie stworzyła. Bo kiedy patrzę na tę wystawę, jestem pewna jednego: dzieci nie potrzebują perfekcji. Potrzebują przestrzeni, w której mogą być sobą – nawet jeśli ich kurczak ma jedno oko wyżej.
I naprawdę chciałabym, żebyśmy jako dorośli im tego nie odbierali.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Matka zdradziła sekret szkolnych konkursów. „Wystarczyło jedno spojrzenie na tablicę”