Szkolne kiermasze to zmora rodziców. „Siedzę po nocach i kleję lampiony”
Kolejny rok z rzędu łapię się na tym samym: znów siedzę po nocach z klejem i nożyczkami. Szkolny kiermasz świąteczny miał uczyć dzieci współpracy, a wyszło tak, że to my, rodzice, dostajemy dodatkowy etat bez pytania o zgodę.

Drogie mamy, drodzy ojcowie, droga Redakcjo. Piszę ten list, bo czuję złość i bezsilność, a jednocześnie nie chcę już udawać, że to „taka szkolna tradycja”, którą trzeba znosić w milczeniu. W naszym domu znowu zaczyna się ten sam listopadowo-grudniowy maraton: kartony, klej na stole, brokat w dywanie i wieczory, które zamiast spokojnie kończyć się herbatą, kończą się słowami: „jeszcze tylko te lampiony”.
Szkolny kiermasz świąteczny zamiast radości daje rodzicom dodatkowy etat
Kiermasz świąteczny brzmi pięknie. W teorii to śmiech dzieci, wspólne robienie ozdób, uczenie się, jak pomagać innym. W praktyce wygląda to tak, że w dzienniku pojawia się informacja: „prosimy o przygotowanie fantów na kiermasz”. I nikt nie dopisuje, że te fanty ma przygotować dziecko, w czasie szkolnym, pod okiem nauczycieli. Nie. Fanty mają pojawić się ot tak, najlepiej jutro, najlepiej w liczbie mnogiej, najlepiej takie, które ładnie się sprzedadzą.
Moje dziecko jest zmęczone po lekcjach, ma zadania, ma swoje zajęcia. Jak większość dzieci. Siada więc obok mnie na chwilę, pomoże wyciąć dwa kółka, przyklei jedną gwiazdkę, po czym odpływa w sen albo w naukę. A ja siedzę dalej. Kleję, wycinam, lepię. Nie dlatego, że chcę się popisać. Po prostu nie umiem oddać do szkoły czegoś zrobionego byle jak. Wiem, że na kiermaszu wszystko ma wyglądać ładnie. I nagle okazuje się, że kiermasz nie jest projektem dzieci, tylko projektem rodziców po godzinach.
Fanty na kiermasz robię nocami, a rano udaję, że mam siłę na normalny dzień
Najbardziej boli to, że nikt nie pyta, jak my to mamy zorganizować. Pracuję, prowadzę dom, ogarniam codzienność. Listy zakupów, pranie, lekarze, zebrania, urodziny kolegów. Teraz dochodzi kolejna rzecz, która „musi być zrobiona”, nawet jeżeli mam już dość. A w środku mam myśl: serio, tak ma wyglądać wychowanie do współpracy? Że rodzic pada na twarz, a dziecko tylko niesie gotowy produkt?
Nie chodzi o to, że nie chcę pomagać szkole. Chcę. Wiem, że te pieniądze są potrzebne. Tylko nie chcę, żeby to było zrobione kosztem naszego snu, zdrowia i normalnego życia.

Jak zrobić kiermasz szkolny, żeby dzieci były naprawdę jego autorami
Mam prostą propozycję. Zróbmy kiermasz tak, żeby był szkolny, a nie domowy. Skoro szkoła chce, żeby dzieci przygotowały coś na sprzedaż, to niech te rzeczy powstają w szkole. W świetlicy, na godzinie wychowawczej, na zajęciach plastycznych. Pod opieką nauczycieli, z materiałów, które szkoła może zebrać wcześniej. Dzieci potrafią zrobić cuda. Wystarczy im dać czas i przestrzeń. Wtedy naprawdę poczują, że to ich praca.
Rodzice mogą pomóc inaczej: przynieść materiały, przyjść raz w tygodniu pokazać, jak coś zrobić. Tyle i aż tyle. Niech to będzie wspólne, ale uczciwie podzielone.
A skoro i tak mamy jeszcze piec ciasta na kiermasz, to niech chociaż nie dokłada się do tego nocnego klejenia. Bo w pewnym momencie ta „tradycja” przestaje uczyć dzieci czegokolwiek dobrego. Uczy tylko tego, że mama i tata są od nadrabiania wszystkiego za wszystkich.
Helena
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Toksyczni rodzice rujnują życie dziecka. Po tych 10 zdaniach trudno się podnieść