Teściowa zakazała dzieciom mięsa, bo jest post. „Nie odmówię dziecku kiełbasy”
Nie spodziewałam się, że zwykły obiad stanie się powodem rodzinnego konfliktu. A jednak wystarczyło jedno zdanie, by wszystko stanęło na głowie.

Droga Redakcjo, piszę do Was, bo czuję, że znalazłam się w sytuacji, z której trudno wyjść bez konfliktu. Z jednej strony szanuję tradycję i wiarę innych, z drugiej – jestem matką i mam swoje granice.
Mieszkamy z mężem i dziećmi „przez ścianę” z teściami. Na co dzień to wygodne rozwiązanie – pomagamy sobie, widujemy się często, dzieci mają bliski kontakt z dziadkami. Ale czasem ta bliskość zaczyna być… problemem.
Post ważniejszy niż potrzeby dzieci?
Usłyszałam ostatnio od teściowej, że w Wielki Piątek i Sobotę w jej domu – a właściwie „u nas wszystkich” – nie będzie mięsa i tylko jeden posiłek do syta. Bo post, tradycja i „tak trzeba”.
Moje dzieci mają 12 i 15 lat. Rosną, są aktywne, mają swoje potrzeby. Nie są już maluchami, którym można narzucić wszystko bez słowa sprzeciwu. A jednak usłyszałam: „Nie będziemy jeść mięsa, bo tak jest w naszej rodzinie”. Tylko że to nie jest już tylko „ich” rodzina. To także moja rodzina.
„Nie odmówię dziecku jedzenia”
Nie wyobrażam sobie, żeby odmawiać dzieciom jedzenie, kiedy będą głodne. Nie pozwolę narzucać sobie zasad, których nie uznaję. Wiem jednak, że dla teściowej ten post to świętość i że ona już będzie wiedziała, jak nam wszystkim uprzykrzyć życie, jeśli się sprzeciwimy.
Dla mnie jedzenie nie jest narzędziem do udowadniania czegokolwiek. Nie chcę, żeby moje dzieci kojarzyły święta z zakazami i poczuciem, że ich potrzeby są mniej ważne niż zasady. Powiedziałam jasno: jeśli moje dziecko chce zjeść kanapkę z kiełbasą, to ją dostanie. I wtedy zaczęła się prawdziwa burza.

Między szacunkiem a stawianiem granic
Zostałam oskarżona o brak szacunku do tradycji, do wiary, do starszych. A ja naprawdę nie chcę nikogo obrażać. Rozumiem, że dla teściowej post ma ogromne znaczenie. Szanuję to. Ale czy szacunek musi oznaczać podporządkowanie się we wszystkim? Czy to naprawdę jest w porządku, że ktoś narzuca moim dzieciom zasady, które nie są nasze?
Najtrudniejsze jest to, że dzieci wszystko widzą. Widzą napięcie, słyszą rozmowy, czują atmosferę. Ja nie chcę, żeby uczyły się, że trzeba rezygnować z własnych potrzeb, żeby zadowolić innych. Chcę je nauczyć czegoś innego – że można szanować innych, ale jednocześnie stawiać granice. Tylko że w praktyce to wcale nie jest takie proste.
Podejrzewam, że wiele rodzin zmaga się z podobnymi sytuacjami. Różnice w podejściu do tradycji, religii, wychowania – to wszystko wychodzi na powierzchnię właśnie w takich momentach.
Szkoda, że święta muszą być pełne napięć, zamiast upływać w radości i spokoju.
Z wyrazami szacunku,
czytelniczka
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Nie wszystkie rodziny obchodzą święta. „W Poniedziałek Wielkanocny oczekuję otwarcia przedszkola”