To dlatego Polki nie chcą mieć dzieci. „Panowie, macie domy i stabilne prace?”
Jeden wpis z Threads dotknął tematu, o którym rozmawiamy w Polsce od lat, tylko rzadko wprost. I co ciekawe, nie był to kolejny głos o tym, że „kobiety dziś nie chcą”, lecz pytanie skierowane do mężczyzn, bez złośliwości, za to z brutalną konkretną listą spraw do przemyślenia.

Autorka wpisu zaczęła od prostego „do tego tanga trzeba dwojga”, a potem poszła dalej i zapytała mężczyzn: o mieszkanie z miejscem dla dziecka, o pieniądze na żłobek i przedszkole, o stabilną pracę, o odpowiedzialność podczas chorób dziecka. Wreszcie o coś chyba najważniejszego: siłę i chęci do wychowywania dziecka z równym zaangażowaniem co matka.
Czytam to i myślę, że ta lista jest jak zimny prysznic, bo pokazuje coś, co w dyskusji o dzietności wciąż ucieka. Decyzja o dziecku nie jest wyłącznie decyzją kobiety. To decyzja pary. Inaczej w ogóle nie ma sensu jej podejmować.
Niska dzietność w Polsce to nie „kaprys kobiet”, tylko rachunek codzienności
Z danych GUS wynika, że współczynnik dzietności w Polsce w 2024 roku spadł do około 1,099, czyli najniżej w historii powojennej, daleko od poziomu zastępowalności pokoleń wynoszącego 2,1. Te liczby są wielokrotnie przywoływane w debatach, czasem w tonie pretensji do kobiet. Tylko że liczby nie rodzą się z fanaberii, lecz z realnego życia.
Kiedy słucham znajomych, często słyszę podobny refren: praca na wysokich obrotach, kredyt albo wynajem, brak pewności, ile będzie kosztować opieka nad dzieckiem, no i pytanie, kto realnie udźwignie wszystkie koszty i opiekę w pierwszych latach życia dziecka. Wpis z Threads idealnie to zebrał, tylko odwrócił perspektywę. Zamiast pytać kobiety, dlaczego nie chcą, pyta mężczyzn, co wnoszą do tej decyzji i w jakim stopniu są na nią gotowi.
W komentarzach pod postem pojawiło się dużo poparcia. Ktoś napisał: „Ten komentarz powinien zobaczyć każdy. Nic bardziej prawdziwego dziś nie przeczytałam”. Inna osoba dodała: „Dokładnie tak. Wszyscy obwiniają kobiety za niską dzietność, bo tak najłatwiej. Zapominają, że dużą rolę przecież odgrywa też facet”. Te głosy brzmią jak zbiorowe westchnienie wielu kobiet, które czują, że od lat słyszą o obowiązku macierzyństwa, ale rzadziej o obowiązku partnerstwa.

„Panowie, macie domy i stabilne prace?”, czyli o odpowiedzialności podzielonej na pół
Najmocniejsze w tym wpisie nie jest wyliczanie kosztów, tylko to, że ekonomia i logistyka zostają powiązane z odpowiedzialnością emocjonalną. Mieć dziecko to nie jest projekt do odhaczenia. To wieloletni maraton, w którym nie da się biec samotnie, jeśli ma się do utrzymania rodzinę, zdrowie, pracę i zwyczajne życie.
I tak, rozumiem, skąd wzięły się komentarze w kontrze. Ktoś pytał z ironią, czy autorka chce „być darmozjadem”. Ktoś inny pisał: „Nic nie musimy, nic nie mamy. A Ty co, poza urodzeniem dziecka, chcesz wnieść do jego wychowania?”. To ciekawe, bo pokazuje lęk części mężczyzn przed tym, że zostaną sprowadzeni do roli bankomatu. Tylko że ta rozmowa wcale o tym nie jest. Ona nie mówi: „utrzymaj mnie”. Ona mówi: „bądź ze mną w tym na serio”. Finansowo, organizacyjnie, psychicznie.
W moim odczuciu to różnica fundamentalna. Partnerstwo nie oznacza przerzucenia kosztów na jedną stronę. Oznacza podzielenie ich, tak samo jak podzielenie nieprzespanych nocy, zwolnień na chore dziecko, wizyt u lekarza, planowania codzienności pod drzemki i przedszkolne grafiki. Jeśli ktoś wchodzi w rodzicielstwo z założeniem, że „jakoś to będzie, bo ona ogarnie”, to później naprawdę trudno się dziwić, że ona w ogóle nie chce startować.
Co dalej z dyskusją o tym, dlaczego Polki nie chcą mieć dzieci
Nie mam złudzeń, że jeden wpis zmieni demografię. Ale mam poczucie, że takie głosy przesuwają debatę na właściwe tory. Zamiast moralizowania, mamy konkret. Zamiast krzywdzącego „kobiety nie chcą”, mamy pytanie o warunki, w których chce się wspólnie. Zamiast presji, mamy rozmowę o tym, co jest potrzebne, żeby rodzina mogła działać bez wypalenia i poczucia krzywdy.
Jestem po stronie autorki wpisu na Threads. Uważam, że za niską dzietność odpowiadają kobiety i mężczyźni w równym stopniu, bo decyzja o dziecku jest wspólna, tak samo jak jej konsekwencje. A jeśli mamy się z tego impasu kiedyś wydostać, musimy przestać udawać, że problem tkwi w „niechęci kobiet” i zacząć uczciwie mówić o partnerstwie, bezpieczeństwie finansowym, mieszkaniu, pracy i zwyczajnym, codziennym wsparciu.
Bo dopiero kiedy te elementy składają się w całość, pojawia się miejsce na myśl o dziecku. Nie jako o obowiązku, tylko jako o wspólnej decyzji, która ma szansę przynieść radość, a nie strach.
Źródło: Threads
Zobacz też: Te dzieci rozwijają się najlepiej i rosną bezpiecznie. Ich rodzice wprowadzili 5 domowych zasad