To jedno zdanie rani dziecko przy świątecznym stole. Powiedziałam je i od razu żałowałam
Niektóre słowa w święta bolą mocniej niż odmrożenia. A jednak wypowiadamy je mimochodem, „żartem”, „tak się przecież zawsze mówiło”. Dopiero gdy zobaczyłam minę własnego dziecka, zrozumiałam, jaką cenę za to płaci.

Jeszcze kilka lat temu siadałam do świątecznego stołu z założeniem, że jakoś to będzie. Że rodzina „musi” coś skomentować, że ktoś palnie o dwa zdania za dużo, a dzieci… no cóż, powinny to przyjąć na klatę. Przecież ja jakoś brałam.
Dziś już wiem, że te słowa – rzucane niby lekko, niby jako żart – zostają w dzieciach na długo. I że to właśnie święta, ten najbardziej rodzinny czas w roku, potrafią najbardziej zranić.
„Tylko nie płacz”. Jedno zdanie, które potrafi uderzyć w samo serce
Pamiętam, jak moja córka siedziała przy stole, dłubiąc widelcem w pierogu. Ktoś z dorosłych rzucił zupełnie niewinnie: „No nie bądź taka wrażliwa, przecież tylko żartujemy”. Widziałam, jak jej oczy natychmiast zrobiły się szkliste. I wtedy padło to zdanie, które zamroziło całą atmosferę: „Tylko nie płacz”.
Wbrew pozorom nie było groźne. Nie było krzykiem. A jednak poczułam, jakby ktoś zamknął przed nią drzwi do świata, w którym wolno czuć.
Od tamtej chwili zaczęłam inaczej słyszeć świąteczne komentarze – te wszystkie:
„No, ale ile zjadłaś?”,
„A oceny jakie masz?”,
„Znowu siedzisz z nosem w telefonie?”,
„To już chłopak jest?”,
„Przytyłaś?”,
„Wyciągnij się, bo garb ci zostanie”.
Słowa wypowiadane jednym tchem. W dorosłych odbijają się jak od ściany. W dzieciach zostają.
Dorosłym wydaje się, że to „niewinne”
My, dorośli, mamy niesamowitą umiejętność racjonalizowania własnych zachowań. Usprawiedliwiamy komentarze tradycją, zmęczeniem, humorem, „takim stylem bycia”. Mówimy, że dziecko przesadza, że ma za cienką skórę, że „my tak mieliśmy i żyjemy”. Tylko że nasze życie nie powinno być argumentem, by ranić kolejnych.
Dziecko nie ma pancerza. Wchłania słowa jak gąbka. A święta – pełne oceniania, porównań, opowieści o sukcesach innych dzieci i wspominania dawnych „porządków” – stają się poligonem, na którym najmłodsi próbują ukryć się pod stołem, choć siedzą obok nas.
Jedno spojrzenie dziecka mówi wszystko
Zauważyłam, że dzieci nigdy nie reagują od razu. Nie protestują, nie bronią się. Wpatrują się w talerz, dłubią serwetkę, przestają mówić. Jeśli dobrze się przyjrzeć, to widać moment, w którym zaczynają udawać, że nic nie czują. To właśnie my – dorośli – uczymy ich tego odrętwienia.
W święta często chcemy, by było „jak kiedyś”: głośno, wesoło, tradycyjnie. A dzieci potrzebują przede wszystkim bezpieczeństwa. Nie prezentów, nie idealnych zdjęć, nie perfekcyjnie nakrytego stołu. Potrzebują czuć, że przy tym stole nie muszą udawać kogoś, kim nie są.
A gdybyśmy w te święta zrobili coś inaczej?
Zadaję sobie jedno pytanie: co by się stało, gdybyśmy raz w życiu wzięli odpowiedzialność za własne słowa? Gdybyśmy to my – dorośli – zatrzymali komentarz na końcu języka, zanim zobaczy go dziecko w swoich oczach? Może święta stałyby się chwilą ulgi, a nie testem odporności psychicznej. Może przestalibyśmy wierzyć, że „takie żarty się nie liczą”. Może dzieci zapamiętałyby te święta jako moment, w którym pierwszy raz ktoś naprawdę je usłyszał.
Żyjemy w świecie, w którym tak wiele mówi się o empatii, granicach, uważności. A jednak to właśnie w grudniu, przy najpiękniej udekorowanym stole, najłatwiej zranić dziecko jednym zdaniem. Dlatego w tym roku chcę przypomnieć sobie i innym: to, co mówimy przy stole, zostaje z dziećmi na dłużej, niż trwa Wigilia. A czasem jedno zdanie potrafi zmienić wszystko.