Reklama

Wydawało mi się, że walentynki w przedszkolu to temat zamknięty. Serduszka, kartonowe kartki, może jakieś ciasteczko. Nic, co wymaga emocjonalnego kasku ochronnego. Myliłam się.

O 7:42 dostałam pierwszą wiadomość na grupie rodziców.
O 7:48 – drugą.
O 8:17 ktoś napisał: „Czy my naprawdę to robimy?”.
I wtedy wiedziałam, że to już nie są walentynki. To jest afera.

„Dlaczego moje dziecko ma nic nie dostać?”

Zaczęło się niewinnie. Jedna z mam zaproponowała, żeby dzieci przyniosły kartki walentynkowe – ale tylko dla wybranych. Bo przecież „to naturalne”, że ktoś kogoś bardziej lubi.

Po trzech minutach ktoś inny odpisał:
– Ale w przedszkolu?

Po pięciu:
– A co z dziećmi, które nic nie dostaną?

Po siedmiu:
– Moje dziecko już pyta, dlaczego nie jest czyjąś walentynką.

I wtedy zrobiło się gęsto.

„To nie szkoła życia, to przedszkole”

Ktoś napisał, że dzieci muszą się nauczyć odrzucenia. Ktoś inny, że nie w wieku pięciu lat. Padło słowo „bańka ochronna”. Padło słowo „realny świat”.

A ja siedziałam z telefonem w ręku i myślałam tylko o tym, że moje dziecko w tym czasie spokojnie buduje wieżę z klocków i kompletnie nie wie, że dorośli właśnie projektują mu pierwsze miłosne rozczarowanie.

Punkt kulminacyjny: lista

Wszystko eksplodowało, gdy ktoś zaproponował listę dzieci, które dostaną walentynki. Listę. W przedszkolu.

Wtedy rozmowa przestała być o serduszkach, a zaczęła o tym, kto jest widoczny, a kto nie. Kto „ma powodzenie”. Kto „zawsze zostaje na końcu”. I nagle walentynki zrobiły się strasznie dorosłe.

Rozwiązanie? Najprostsze z możliwych

Po dwóch godzinach pisania, emocji i pasywno-agresywnych emotek, wychowawczyni napisała jedno zdanie: „Zrobimy walentynki dla wszystkich. Bez wyjątków”.

Koniec. Żadnych list. Żadnych wyborów. Żadnych dzieci, które wracają do domu z pustymi rękami i pytaniem, na które nie da się dobrze odpowiedzieć.

Po południu odebrałam dziecko z przedszkola. Walentynki są dopiero za kilka dni, a ja już wiem, że to nie będzie tylko dzień z serduszkami. To będzie mały sprawdzian dla dorosłych. Z tego, czy potrafimy nie wciągać dzieci w nasze projekcje, rankingi i lęki. Czy umiemy zostawić je jeszcze chwilę w świecie, w którym „dla Ciebie” nie wymaga listy, wyboru ani uzasadnienia.

Reklama
Reklama
Reklama