To plaga w polskich domach. Konsekwencje są przykre i mogą się odezwać po latach
Od dawna mam wrażenie, że coś w polskich domach zaczęło iść w bardzo dziwną stronę. Coraz częściej widzę dzieci, które są kochane, zaopiekowane, dopilnowane – ale jednocześnie zupełnie niesamodzielne. I coraz częściej łapię się na myśli, że my, dorośli, robimy im w ten sposób ogromną krzywdę, nawet jeśli nasze intencje są najlepsze.

Widzę to wszędzie – wśród znajomych, w rodzinie, w przedszkolu i szkole moich dzieci, na grupach dla mam na Facebooku. Rodzice karmią kilkuletnie dzieci, bo „przynajmniej się nie ubrudzą”. Ubierają siedmiolatków, bo „znowu się spóźnimy”. Noszą tornistry za dziesięciolatków, bo „takie ciężkie”. Odrabiają z nimi lekcje, poprawiają, podpowiadają, robią prace na konkursy plastyczne, „żeby nie było płaczu, a tak mamy szansę na wyróżnienie”.
Kiedy odbieram dziecko z przedszkola, widzę rodziców, którzy zakładają dzieciom buty, mimo że te potrafią już to robić same. Widzę mamy, które pakują plecaki, chociaż ich dzieci są w drugiej czy trzeciej klasie. Widzę ojców, którzy biegają za dziećmi z kurtką, zamiast pozwolić im poczuć, że zimno to sygnał, żeby się ubrać.
Na Facebooku regularnie trafiam na posty w stylu „mój ośmiolatek nie umie sam zrobić kanapki, jak go nauczyć?”. I myślę sobie, że to nie jest problem dziecka – to jest efekt lat wyręczania.
„Ja zrobię szybciej” i inne pułapki dorosłych
Wiem, skąd to się bierze. Z pośpiechu, zmęczenia, stresu. Z tego, że nam, dorosłym, jest łatwiej zrobić coś za dziecko niż pozwolić mu się uczyć metodą prób i błędów. Łatwiej zawiązać buty niż patrzeć, jak dziecko męczy się z nimi pięć minut. Łatwiej posprzątać pokój samemu niż tłumaczyć, jak to zrobić.
Tylko że za każdym takim „ja zrobię szybciej” kryje się komunikat: „Ty nie potrafisz”, „Nie dam ci spróbować”, „Nie wierzę, że dasz radę”. Dzieci to chłoną. Uczą się, że ktoś zawsze ich wyręczy, że nie muszą próbować, że odpowiedzialność leży po stronie dorosłych.
Co się dzieje później
Konsekwencje nie pojawiają się od razu. Najpierw wszystko wygląda niewinnie. Małe dziecko, które nie sprząta po sobie. Uczeń, który nie pamięta o zadaniach, bo rodzic pilnuje dziennika. Nastolatek, który nie umie zaplanować nauki, bo zawsze ktoś go prowadził za rękę.
A potem nagle pojawia się dorosłość. I młodzi ludzie, którzy nie potrafią podjąć decyzji, nie umieją wziąć odpowiedzialności, boją się porażek. Czekają, aż ktoś powie im, co mają robić. Albo rezygnują przy pierwszym trudniejszym zadaniu, bo nigdy nie nauczyli się, że wysiłek jest normalny.
Widzę to już u nastolatków. Nie umieją sami zaplanować tygodnia, spakować się na wyjazd, ugotować prostego obiadu. Są zagubieni i zestresowani, bo świat nagle przestaje ich wyręczać.
Samodzielność to prezent, nie kara
Coraz częściej myślę, że największym prezentem, jaki możemy dać dzieciom, nie jest wygoda, tylko możliwość próbowania. Popełniania błędów. Uczenia się, że coś nie wychodzi za pierwszym razem – ale za trzecim albo piątym już tak.
Kiedy pozwalam dziecku zrobić coś samemu, nawet jeśli zrobi to gorzej, wolniej albo mniej estetycznie, uczę je czegoś znacznie ważniejszego niż idealnie zawiązana kokardka. Uczę je wiary w siebie.
A tego nie da się kupić ani nadrobić później.
Zobacz także: Bez obowiązków nie ma samodzielności. Lista zadań dla nastolatków, która pomoże im przetrwać