Reklama

Mam córkę w czwartej klasie podstawówki. Jak większość rodziców, kiedy widzę wiadomość od nauczycielki po godzinach, od razu się spinam. Bo zwykle to oznacza, że ktoś czegoś nie przyniósł, o czymś zapomniał, trzeba coś pilnie podpisać albo wydarzyło się coś nieprzyjemnego.

Dlatego kiedy przed Wielkanocą zobaczyłam na WhatsAppie wiadomość od wychowawczyni na grupie rodziców, przewróciłam oczami. Dzieci już nie chodzą do szkoły, zaczęła się przerwa świąteczna, a ja pomyślałam tylko: „Naprawdę? Nawet teraz?”.

Byłam zmęczona. W domu bałagan, niedokończone zakupy, okna nieumyte, a ja jak co roku miałam poczucie, że ze wszystkim jestem spóźniona. I wtedy otworzyłam tę wiadomość.

„Pamiętajcie, że dzieci bardziej zapamiętają was niż umyte okna”

To nie była uwaga, przypomnienie, co jest do zrobienia na po świętach albo lista pretensji. Wychowawczyni napisała nam po prostu piękne życzenia świąteczne. Że życzy nam spokojnych świąt i żebyśmy nie dali się zwariować. Że dzieci nie będą za dwadzieścia lat pamiętać idealnie wyszorowanej łazienki i błyszczących okien.

Za to będą pamiętać, czy mama usiadła z nimi przy stole. Czy tata miał czas pograć z nimi w planszówkę. Czy ktoś się z nimi śmiał przy malowaniu pisanek. Napisała też coś, po czym naprawdę aż zaszkliły mi się oczy.

„Macie wspaniałe dzieci. Mądre, dobre, zabawne i wyjątkowe. Proszę, pamiętajcie o tym także wtedy, kiedy bywają trudne”.

Siedziałam z telefonem w ręku i nagle zachciało mi się płakać.

Zrobiło mi się wstyd

Nie dlatego, że wiadomość była taka piękna. Tylko dlatego, że zanim ją przeczytałam, byłam przekonana, że nauczycielka znowu czegoś chce. Że pewnie napisze, iż ktoś nie oddał książki do biblioteki. Albo że córka o czymś zapomniała. Że trzeba coś pilnie załatwić.

Od razu założyłam najgorsze i zrobiło mi się zwyczajnie głupio. Bo ta kobieta najwyraźniej po prostu usiadła wieczorem i postanowiła napisać do rodziców coś miłego. Nie musiała. Nikt od niej tego nie wymagał.

A jednak znalazła czas, żeby przypomnieć nam coś, o czym wszyscy przed świętami zapominamy – że dzieci nie potrzebują perfekcyjnego domu. Potrzebują nas.

Mam wrażenie, że jako rodzice jesteśmy już tak przyzwyczajeni do złych wiadomości ze szkoły, że każda wiadomość od nauczyciela automatycznie kojarzy nam się ze stresem, a potem okazuje się, że po drugiej stronie siedzi ktoś, kto naprawdę lubi nasze dzieci. Kto widzi w nich coś więcej niż oceny, zeszyty i brak podpisu pod kartkówką.

Ta wiadomość zrobiła mi więcej dobrego niż wszystkie motywacyjne cytaty z internetu i chyba po raz pierwszy od dawna pomyślałam, że moja córka naprawdę ma szczęście do wychowawczyni.

A ja mam nauczkę, żeby nie zakładać od razu, że każda wiadomość ze szkoły oznacza problem.

Zobacz także: „Córka przyniosła prezent od nauczycielki. Nie zgadzam się na takie praktyki”

Reklama
Reklama
Reklama