Reklama

Grzeczność jako coś oczywistego

Uczyłam ją grzeczności od zawsze. „Powiedz dzień dobry”, „podziękuj”, „nie odpowiadaj niegrzecznie”, „nie rób scen”. Sama tak zostałam wychowana i długo uważałam, że to po prostu podstawy. Grzeczność była dla mnie czymś oczywistym, neutralnym, bezpiecznym. Czymś, co pomaga dzieciom odnaleźć się w świecie.

Powtarzałam jej, że bycie miłą otwiera drzwi, że ludzie chętniej pomagają, że łatwiej się dogadać. Nie zastanawiałam się nad tym głębiej. To były zdania, które same wychodziły z ust.

Sytuacja, która miała być niczym

To wydarzyło się w zwykły dzień, w miejscu, które dobrze znamy. Córka była obok mnie, kiedy jeden z dorosłych, znajomy z widzenia, zagadnął ją w sposób, który na pierwszy rzut oka nie wydawał się niczym złym. Zadał pytanie, zażartował.

Zareagowałam automatycznie. Poprosiłam ją, żeby była miła, żeby odpowiedziała, żeby się uśmiechnęła. Tak, jak zawsze.

Wtedy spojrzała na mnie i powiedziała spokojnie, bez złości, bez dramatyzmu: „Nie chcę być miła dla niego”.

Zdanie, które zatrzymało mnie w miejscu

To było jedno zdanie, ale poczułam je fizycznie. Jakby ktoś nagle zatrzymał ruch uliczny w mojej głowie. Nie było w nim krzyku ani oskarżenia. Była granica. Jasna i spokojna.

Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Z jednej strony odezwał się we mnie automatyczny głos: „przecież wypada”. Z drugiej pojawiło się coś nowego, niewygodnego, ale bardzo prawdziwego: a jeśli ona ma rację?

Miła czy bezpieczna

Dopiero później, już w domu, zaczęłam się zastanawiać, czego właściwie ją uczę. Czy grzeczność, którą tak konsekwentnie jej wpajałam, nie była w praktyce uczeniem ignorowania własnego dyskomfortu. Czy nie mówiłam jej między wierszami, że cudze samopoczucie jest ważniejsze niż jej własne.

Zrozumiałam, że przez lata uczyłam ją tego samego, czego uczono mnie. Że dziewczynki mają być miłe, nawet gdy coś im nie pasuje. Nawet gdy czują, że ktoś przekracza granicę, której nie potrafią jeszcze nazwać.

Rozmowa, która przyszła później

Wieczorem wróciłyśmy do tej sytuacji. Zapytałam ją, dlaczego nie chciała być miła. Odpowiedziała prosto, bez wielkich słów. Powiedziała, że coś jej się nie podobało i że nie miała ochoty udawać, że jest inaczej.

Słuchałam jej i czułam jednocześnie dumę i niepokój. Dumę, bo potrafiła nazwać swoje „nie”. Niepokój, bo uświadomiłam sobie, jak często ja sama tego nie robię.

Grzeczność, która kosztuje za dużo

Nie chodzi o to, żeby dzieci były nieuprzejme albo nie szanowały innych. Chodzi o to, żeby wiedziały, że grzeczność nie jest obowiązkiem kosztem siebie. Że nie muszą być miłe dla każdego i w każdej sytuacji.

Tamtego dnia zrozumiałam, że być może przez lata uczyłam córkę rzeczy, z których sama próbuję się teraz oduczyć. Że łatwiej było mówić „bądź grzeczna” niż „zaufaj sobie”.

Lekcja, której się nie spodziewałam

To nie córka nauczyła się wtedy czegoś nowego. To ja nauczyłam się więcej. O tym, jak cienka jest granica między wychowaniem a tresurą. I o tym, że czasem jedno spokojne zdanie dziecka potrafi więcej niż wszystkie dobre rady świata.

Od tamtej pory inaczej używam słowa „miła”. Częściej pytam, czy coś jej pasuje. I coraz rzadziej poprawiam ją wtedy, gdy mówi „nie”.

Nie dlatego, że chcę wychować ją na niegrzeczną. Tylko dlatego, że chcę, żeby była bezpieczna.

Reklama
Reklama
Reklama