W niedzielę wieczorem przyszła wiadomość z przedszkola. Matka: „Kpina, i co ja zrobię z synem?”
Była niedziela, chwilę po 20. Odkładałam telefon na stolik i szykowałam syna do snu, gdy ekran nagle się podświetlił. Wiadomość z przedszkola. Otworzyłam ją bez większego namysłu – i momentalnie poczułam, jak ściska mnie w żołądku.

„Zajęcia odwołane z powodu mrozów”
Krótkie ogłoszenie informowało, że z powodu silnych mrozów placówka następnego dnia nie będzie prowadzić zajęć. Prośba o zrozumienie, podpis dyrekcji. I tyle.
Patrzyłam na ekran w absolutnym osłupieniu. Była dwudziesta. Następnego dnia od rana miałam klientów, bo prowadzę swój salon kosmetyczny. Mąż był w delegacji kilkaset kilometrów od domu. Nie miałam babci pod ręką, sąsiadki na podorędziu ani „planu B”.
Mój czteroletni syn spał już w swoim pokoju, a ja gorączkowo zaczęłam liczyć w głowie: kogo mogę poprosić o pomoc, czy da się przełożyć wizyty, ile osób zdążę poinformować o odwołaniu terminów, zanim ktoś wyruszy do mnie z drugiego końca miasta.
Najbardziej bolało mnie to, że dowiedziałam się tak późno. Gdyby informacja przyszła wcześniej, mogłabym coś zorganizować. A tak? Niedzielny wieczór, wszyscy w swoich domach, przygotowani na poniedziałek.
Musiałam podjąć decyzję
Nie zrozumcie mnie źle – rozumiem kwestie bezpieczeństwa. Mróz, śliskie chodniki, ryzyko awarii. Ale naprawdę nie dało się przewidzieć tego wcześniej? Prognozy pogody mówiły o spadkach temperatur od kilku dni. Tymczasem rodzice dostali komunikat w ostatniej chwili.
Przez pół godziny wydzwaniałam po rodzinie. Jedna babcia chora, druga poza miastem. Znajoma, która czasem pomagała, akurat pracowała na poranną zmianę. Klienci już potwierdzili wizyty, część przyjeżdżała z innych dzielnic.
W końcu zdecydowałam, że zabiorę syna ze sobą do pracy.
Nie była to decyzja marzeń.
Salon to nie plac zabaw. Sprzęty, kosmetyki, lampy, ostre narzędzia. Zorganizowałam mu kącik w zapleczu, wzięłam tablet, kredki, przekąski.
To stres większy niż w najbardziej zapchany dzień przed świętami.
Rodzice też muszą to jakoś poukładać
Nie mam pretensji o to, że przedszkole dba o bezpieczeństwo. Mam pretensję o sposób komunikacji. Jedno krótkie powiadomienie wysłane w niedzielę wieczorem potrafi wywrócić dzień pracy do góry nogami.
Rodzice nie mają magicznych mocy. Nie wszyscy pracują z domu, nie każdy może wziąć urlop na żądanie, nie każdy ma dziadków pod ręką. Dla wielu z nas jeden taki komunikat oznacza straty finansowe, nerwy i logistyczny chaos.
Tamtego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Z jednej strony wiedziałam, że sytuacja była wyjątkowa. Z drugiej – czułam bezsilność i złość.
Bo czasem wystarczy kilka godzin więcej uprzedzenia, by ktoś zdążył zorganizować opiekę. A wysłana późnym wieczorem wiadomość brzmi dla rodziców jak wyrok: radźcie sobie sami.
I właśnie z tym uczuciem – że znowu zostaliśmy postawieni pod ścianą – obudziłam się następnego dnia rano, pakując synowi plecak… nie do przedszkola, ale do mojego salonu.
Zobacz także: Jestem z pokolenia „rodziców-potworów”. Nie dziwię się, że nauczyciele mają nas dość