W piątek o 17 dostała telefon z przedszkola. „Serce podeszło mi do gardła”
Czy jest coś gorszego niż telefon z przedszkola pod koniec dnia pracy? Zwłaszcza w piątek, kiedy człowiek marzy już tylko o powrocie do domu. Do naszej redakcji napisała mama przedszkolaka, która w miniony piątek przeżyła kilkanaście minut prawdziwego strachu.

Piszę do Państwa, bo wciąż nie mogę uwierzyć, jak niewiele trzeba, żeby w głowie uruchomił się czarny scenariusz.
W miniony piątek pracowałam dłużej. Mieliśmy zamknięcie projektu, telefony, poprawki – klasyczny koniec tygodnia. Byliśmy z mężem umówieni, że to on odbierze naszego synka, Stasia, z przedszkola. Dla mnie to było oczywiste – nawet nie zerkałam nerwowo na zegarek.
O 17:00 zadzwonił telefon. Numer z przedszkola.
Serce podeszło mi do gardła.
W słuchawce usłyszałam spokojny, ale wyraźnie zaniepokojony głos nauczycielki: „Dzień dobry, Staś jest już jedynym dzieckiem w przedszkolu. Chciałam zapytać, kiedy ktoś po niego przyjedzie?”.
Zamarłam. Przez sekundę nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa.
W głowie tylko jedno – „coś się stało”
Pierwsza myśl? Wypadek. Stłuczka. Coś się stało mężowi.
Druga – dlaczego nikt do mnie nie zadzwonił wcześniej?
Zaczęłam mówić szybko, nerwowo, że to mąż miał odebrać Stasia, że na pewno już jest w drodze. Ręce mi się trzęsły, kiedy rozłączałam się z nauczycielką i wybierałam numer do męża.
Nie odbierał.
Te kilkadziesiąt sekund czekania było jak wieczność. W głowie miałam obrazy, których żadna matka nie chce widzieć. Staś siedzący sam w szatni. Staś pytający: „A gdzie tata?”. Staś, który jako ostatni wychodzi z sali.
W końcu oddzwonił.
Okazało się, że stoi w ogromnym korku na wylotówce z miasta. Piątek, godziny szczytu, remont drogi. Mówił spokojnie, jakby nic wielkiego się nie działo. „Już dojeżdżam. No przecież nic się nie stało”.
Tylko że dla mnie – przez te kilkanaście minut – stało się wszystko.
Jedno niedopowiedzenie – lawina emocji
Mąż nie pomyślał, żeby zadzwonić do przedszkola i uprzedzić, że się spóźni. Uznał, że „zaraz będzie”, że to chwila, że nie ma sensu robić zamieszania.
A ja w tym czasie przeżyłam najczarniejszy scenariusz.
Staś oczywiście był bezpieczny. Nauczycielki zostały z nim, uspokajały go, zapewniały, że tata na pewno jedzie. Wszystko dobrze się skończyło. Mąż dotarł kilkanaście minut po 17. Syn podobno był bardziej dumny, że „jest ostatni”, niż zestresowany.
Ale ja do dziś czuję tamten ucisk w żołądku.
Piszę ten list, bo wiem, że wiele rodzin funkcjonuje dziś w biegu. Umawiamy się na odbiory, przekazujemy sobie obowiązki między spotkaniami i korkami. Wydaje nam się, że wszystko mamy pod kontrolą.
A wystarczy jeden telefon o 17:00, żeby uświadomić sobie, jak kruche jest to poczucie.
Chciałabym, żeby ten mój strach był przestrogą – nie dramatem, nie oskarżeniem. Po prostu przypomnieniem, że czasem jeden krótki telefon do przedszkola może oszczędzić komuś kilkunastu minut prawdziwego koszmaru. I że za słowami „nic się nie stało” często kryje się czyjeś serce, które właśnie podeszło do gardła.
Zobacz także: Nauczycielka prosi, żeby dzieci zwracały się do niej jednym słowem. Matka: „Za moich czasów było inaczej”