Reklama

Kiedy córka przyniosła do domu pierwsze informacje o studniówce, próbowałam podchodzić do tematu spokojnie. Sala, DJ, dekoracje, fotograf – wszystko brzmiało rozsądnie, dopóki nie zaczęły spływać konkretne kwoty. Opłata za bal, składka na komitet, pieniądze na transport, poprawki fryzjerskie w salonie, makijaż, buty, torebka.

Najbardziej emocji wzbudziła jednak sukienka.

– Mamo, to studniówka. To się pamięta całe życie – usłyszałam, gdy wspomniałam, że może uda się znaleźć coś prostszego.

Chodziłyśmy po galeriach, przeglądałyśmy sklepy internetowe, mierzyła jedną, drugą, trzecią. Każda miała „coś nie tak”. Aż w końcu trafiła na tę jedyną. Długa, elegancka, idealnie leżąca. Cena? Sześćset złotych. Za samą sukienkę.

W styczniu, miesiącu po świętach, to ekstremalnie nadwyrężało nasz budżet. A do tego buty, makijaż, sama impreza...

Kredyt na kilka godzin zabawy

Próbowałam kalkulować. Odkładać inne rzeczy, przesunąć rachunki, zrezygnować z drobnych przyjemności. Ale suma rosła szybciej, niż się spodziewałam. Kiedy doliczyłam buty, wizytę u fryzjera, makijaż i składkę na studniówkę, zrozumiałam, że zwyczajnie mnie na to w tej chwili nie stać.

I wtedy zrobiłam coś, czego bardzo nie chciałam robić.

Wzięłam niewielki kredyt.

Nie na wakacje, nie na remont, nie na sprzęt AGD. Na bal, który trwał jedną noc.

Najbardziej boli mnie nie to, że mam wrażenie, że zostałam wciągnięta w machinę porównań. „Koleżanki mają droższe”, „wszyscy idą do profesjonalnego makijażysty”, „nikt nie kupuje sukienki za 200 zł”. Niby nikt nie mówi tego wprost, a jednak presja wisi w powietrzu.

Nie chciałam, żeby moja córka czuła się gorsza. Żeby odstawała. Żeby słyszała komentarze. Ale jednocześnie miałam w głowie pytanie: od kiedy szkolna impreza zaczęła przypominać wesele?

impreza studniówkowa
Studniówka 2026 fot. AdobeStock/rozentuzjazmowany

Radość dziecka kontra realia portfela

W dniu studniówki wyglądała pięknie. Promieniała, kręciła się przed lustrem, poprawiała włosy, śmiała się z koleżankami. I wtedy pomyślałam, że dla niej to naprawdę ważne. Symboliczny moment, zamknięcie pewnego etapu.

A jednak gdzieś z tyłu głowy kołatała myśl, że coś w tym wszystkim poszło za daleko.

Bo studniówka miała być świętem młodości, a coraz częściej staje się pokazem możliwości finansowych rodziców. Wyścigiem na suknie, fryzury, lokale i atrakcje. I choć nikt oficjalnie nikogo do niczego nie zmusza, to mechanizm działa bezbłędnie – chcesz, żeby twoje dziecko nie odstawało, więc sięgasz głębiej do kieszeni.

Zastanawiam się, czy potrafiłabym drugi raz zrobić to samo. Czy jednak umiałabym postawić granicę i powiedzieć: „Nie, na to nas nie stać”. I czy moje dziecko przyjęłoby to ze zrozumieniem.

Bo może właśnie tego najbardziej nam brakuje – szczerych rozmów o pieniądzach. O tym, że budżet nie jest z gumy. Że nie wszystko, co modne i powszechne, musi być normą.

Studniówka minęła. Wspomnienia zostały. A ja wciąż uczę się, że miłość do dziecka to nie zawsze spełnianie wszystkich marzeń. Czasem to także umiejętność powiedzenia: stop.

Zobacz także: „Można być bardzo biednym, mając bardzo dużo pieniędzy”. Bogactwo to nie pieniądze

Reklama
Reklama
Reklama