Reklama

Uczę w klasach 4–8 szkoły podstawowej, teraz jestem wychowawczynią 5 klasy. Wiem, że rodzice mają różne oczekiwania. Jedni chcą więcej sprawdzianów, inni mniej. Jedni piszą, że zadaję za dużo prac domowych, inni – że za mało. Nigdy nie da się wszystkich zadowolić.

Ale temat wycieczek wraca regularnie.

W tej wiadomości mama ucznia napisała, że jej zdaniem dzieci powinny częściej gdzieś wyjeżdżać, bo „szkoła to nie tylko siedzenie w ławkach”. Zasugerowała też, że inne klasy mają więcej atrakcji i że to ja jestem leniwa.

Czytając to, poczułam narastającą frustrację. Ale też zrobiło mi się zwyczajnie, po ludzku, przykro. Bo ja naprawdę się staram.

W zeszłym roku były trzy wycieczki

Najbardziej boli mnie jedno – pamięć rodziców bywa bardzo krótka.

W zeszłym roku moja klasa miała aż cztery wycieczki. Jedną jednodniową do Łodzi, jedną do kina połączoną z warsztatami i dwie kilkudniowe. Organizacja takich wyjść to wcale nie jest kilka kliknięć w kalendarzu.

Najpierw trzeba znaleźć miejsce, ustalić transport, zebrać zgody, pilnować wpłat, wypełnić dokumenty, zgłosić wyjazd w szkole, dopilnować listy uczestników, załatwić ubezpieczenie. Potem jeszcze dochodzi do tego odpowiedzialność za dzieci poza szkołą, a przy wycieczkach kilkudniowych, z nocowaniem, to jest naprawdę wyczerpujące, fizycznie i psychicznie.

Nikt z rodziców nie powiedział wtedy „dziękuję”. To oczywiście nie jest obowiązek. Ale kiedy rok później pojawiają się pretensje, trudno nie pomyśleć o tym z lekką goryczą.

Nie zawsze wszystko zależy od nauczyciela

Prawda jest też taka, że nauczyciel nie zawsze może zorganizować tyle wycieczek, ile by chciał. W tym roku zaplanowałam jedną – w maju.

Długo zastanawiałam się nad kolejną, ale ostatecznie z niej zrezygnowałam. Mam teraz trudną sytuację rodzinną i zwyczajnie nie jestem w stanie brać na siebie dodatkowych obowiązków związanych z kolejnymi wyjazdami.

Rodzice często nie zdają sobie sprawy, ile czasu i energii to kosztuje. A przecież oprócz tego mamy lekcje, sprawdziany do sprawdzenia, rady pedagogiczne, zebrania z rodzicami i dziesiątki innych obowiązków.

To dopiero piąta klasa

Najbardziej zaskakuje mnie jeszcze jedno. Ta klasa jest dopiero w piątej klasie. Przed tymi dziećmi są jeszcze trzy lata wspólnej nauki w szkole podstawowej.

Będą kolejne wycieczki, wyjścia, projekty, wspólne wydarzenia. Naprawdę nie wszystko musi wydarzyć się w jednym roku szkolnym.

Czasem mam wrażenie, że nauczyciele są dziś traktowani jak organizatorzy czasu wolnego. Jeśli atrakcji jest za mało – pojawiają się pretensje. Jeśli jest ich dużo – rzadko ktoś to zauważa.

Dlatego, kiedy czytałam tę wiadomość od mamy ucznia, pomyślałam tylko jedno: naprawdę się staram. Ale czasem mam wrażenie, że dla niektórych rodziców to i tak zawsze będzie za mało.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Dzieci łapią jedynkę za jedynką, a rodzice są wściekli. Nauczycielka: „To nie jest moja wina”

Reklama
Reklama
Reklama