„Wiadomość od nauczycielki doprowadziła mnie do łez”. Wielu rodziców powinno to usłyszeć
Kiedy zostałam mamą, myślałam, że największym wyzwaniem będą nieprzespane noce i dziecięce choroby. Nie spodziewałam się, że siedem lat później największym ciężarem okaże się… porównywanie. Porównywanie mojej córki do innych dzieci, jej postępów do cudzych sukcesów, jej drogi do ścieżek, którymi idą rówieśnicy.

Jestem mamą siedmioletniej Poli, pierwszoklasistki. Mądrej, wrażliwej, ciekawej świata dziewczynki. A jednak od miesięcy nosiłam w sobie cichy niepokój, czy ona „nadąża”.
Gdy cudze sukcesy zaczynają boleć
Ostatnio spotkałam się z koleżanką, której syn też chodzi do pierwszej klasy. Z dumą opowiadała, że płynnie czyta, bierze udział w dyktandach, zdobył wyróżnienie w konkursie recytatorskim. Słuchałam i czułam, jak coś we mnie się kurczy. Jakby ktoś bezlitośnie zestawił jego osiągnięcia z moją Polą.
Moja córka czyta wolniej. Litery czasem się jej mylą, pisanie sprawia wysiłek. Za to godzinami potrafi budować historie z klocków, wymyślać dialogi dla lalek, tworzyć rysunki pełne emocji. Tylko że tego nikt nie nagradza dyplomem.
Wróciłam do domu z uczuciem, że moje dziecko jest „za”. Że może coś przegapiłam, że może za mało ją motywuję, że może powinnam ją bardziej cisnąć.
Zdecydowałam się napisać do nauczycielki
Po kilku bezsennych nocach napisałam do wychowawczyni Poli. Wylałam w tej wiadomości cały swój lęk – że inne dzieci są dalej, że boję się, że moja córka nie nadąża, że nie wiem, czy wszystko z nią w porządku.
Kiedy kilka godzin później w dzienniku elektronicznym pojawiła się odpowiedź, dosłownie zamarłam. Bałam się ją otworzyć.
Nauczycielka napisała spokojnie i z ogromną empatią. Że Pola rozwija się w swoim tempie. Że gdyby cokolwiek ją niepokoiło, na pewno by mi o tym powiedziała. A na koniec dodała zdanie, które sprawiło, że popłakałam się przy telefonie: „Proszę pozwolić Poli być dzieckiem. Ona pięknie rozwija się w zabawie, relacjach z innymi i w swojej ciekawości świata”.
Uświadomiłam sobie, jak bardzo siebie gubię
Zrozumiałam, że to nie moja córka była problemem. To ja dałam się wciągnąć w wyścig. W tabelki, porównania, rankingi siedmiolatków, które nie mają nic wspólnego z ich szczęściem.
Zapominamy, że dzieci nie są projektami do optymalizacji. Że rozwój nie przebiega liniowo. Że jedne dzieci szybciej czytają, inne szybciej czują.
Ta wiadomość od nauczycielki była jak zimny prysznic. Przypomniała mi, po co w ogóle jest dzieciństwo – nie po to, by zbierać osiągnięcia, ale by budować siebie. I tego chciałabym dziś życzyć każdemu rodzicowi: trochę więcej zaufania do własnego dziecka i trochę mniej strachu, że ktoś gdzieś jest „lepszy”.
Zobacz także: Nauczycielka: „Spytałam ucznia 4 klasy, jak spędza czas wolny. Odpowiedź mnie osłabiła”