„Wiadomość w e-dzienniku przyszła o 7:15 w poniedziałek”. Tak szkoły kpią z rodziców
Zimowy poniedziałek. Budzik, kawa, walka o wyjście z domu. I nagle powiadomienie z Librusa – wiadomość, która zmienia cały plan dnia. Czy naprawdę w 2026 roku szkoły nie potrafią poinformować rodziców o zmianach z odpowiednim wyprzedzeniem?

Miniony poniedziałek zaczął się jak każdy inny tydzień po feriach zimowych. Wstałam, ogarnęłam śniadanie, pomogłam synowi ubrać kurtkę i plecak, i wtedy… powiadomienie z e-dziennika.
Otwieram i czytam:
„Szanowni Państwo, uprzejmie informujemy, że zajęcia zaplanowane na dziś o godzinie 8:00 odbędą się zgodnie z planem, mimo wcześniejszych informacji o ich odwołaniu”.
Serce mi podskoczyło. Patrzyłam na zegarek. 7:15. Syn jeszcze nie umył zębów. A tu taka wiadomość. I żadne wyjaśnienie, żadnego powodu, tylko suchy komunikat, który robi więcej zamieszania niż spokoju.
Pierwsza myśl – „czy coś się stało?”. Druga – „czy oni naprawdę myślą, że wszyscy rodzice siedzą rano z telefonem w ręce i czekają na kolejne zmiany planu?”. Trzecia – „gdzie tu choć odrobina rozsądku i szacunku do naszego czasu?”.
Nie każdy ma możliwość wyskoczyć na 5 minut
Mój mąż zaczął dzień o normalnej porze. Ja akurat tego ranka mogłam pracować z domu, ale co z rodzicami, którzy pracują w biurze, sklepie, na produkcji? Którzy mają umówione spotkania, klientów, zadania? Nie każdy może w pół godziny zmienić plan dnia, odwołać busa, przestawić wszystko i pojechać z dzieckiem do szkoły.
Nie mówię, że szkoły mają podawać szczegółowe powody każdej zmiany. Ale chodzi o podstawy – o uszanowanie tego, że my, rodzice, też mamy swoje życie, grafik, obowiązki. To nie jest tak, że wszyscy siedzimy w aplikacji od 6:00 tylko po to, by odświeżać powiadomienia.
Co z empatią i współpracą?
Czy naprawdę tak trudno napisać komunikat dzień wcześniej? Albo trzymać się ustalonego planu? Jak wiele rodzin musiało tego poranka na nowo ustawiać plany? Kto odpowiada za to, że informacja, która ma pomóc – dezinformuje, wprowadza stres i naciska na rodzica jak kolejna pilna sprawa?
I nie chodzi tylko o ten poniedziałek. To symptom większego problemu – komunikacji, która nie uwzględnia realiów życia pracujących rodziców. Która zakłada, że rodzic jest cały czas dostępny, z telefonem w ręce od świtu. Że gdy pojawia się zmiana planów, wystarczy napisać wiadomość w e-dzienniku, resztą niech się martwią rodzice.
Piszę to jako mama i jako osoba, która stara się godzić pracę, obowiązki domowe i czas z rodziną. Chcę, żeby szkoła była partnerem, a nie instytucją, która informuje o zmianach na ostatnią chwilę i potem wzrusza ramionami.
Bo powiadomienie o 7:15 to nie tylko techniczna informacja. To refleksja nad tym, jak bardzo odkleiliśmy się od rzeczywistości rodziców. I jak bardzo czasem zasada „informować szybko” równa się „informować bezmyślnie”.
Komentarz od redakcji:
Szkoły działają w trudnej rzeczywistości – zmiany planów, warunki pogodowe czy reorganizacje to codzienność. Jednak sposób, w jaki komunikuje się z rodzicami, ma ogromne znaczenie. Odpowiednie wyprzedzenie, jasne wskazówki i uwzględnienie, że rodzice też mają życie zawodowe – to elementy, które mogą znacząco zmniejszyć stres obu stron.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Nauczycielka zrobiła nocowankę w szkole i pożałowała. „Wymagania rodziców odebrały mi głos”