Reklama

Nie sądziłam, że zwykła wiadomość w Librusie wywoła we mnie aż takie emocje. To miała być standardowa informacja od nauczycielki, jedna z wielu, jakie rodzice dostają w trakcie roku szkolnego. Jedno zdanie na końcu przeczytałam jednak dwa razy, potem trzeci, i już wiedziałam: to nie był tekst napisany przez człowieka.

Nie chodzi o literówkę, niefortunne sformułowanie czy błąd stylistyczny. Chodzi o zdanie, które brzmiało jak żywcem wyjęte z generatora treści. Na końcu maila jak wół stało: „Czy chcesz, abym wydłużyła wiadomość, odniosła się do konkretnych zapytań rodziców albo zmieniła ton na lżejszy?”. I nagle dotarło do mnie, że nauczycielka mojego dziecka najpewniej skorzystała ze sztucznej inteligencji, żeby napisać kilka zdań do rodziców. Końcówkę wkleiła nieopatrznie.

Wiadomość, która odebrała mi spokój

Siedziałam z telefonem w ręku i czułam narastające zażenowanie. Nie dlatego, że ktoś używa nowoczesnych narzędzi – żyjemy w takich czasach. Ale dlatego, że to była wiadomość skierowana do rodziców, dotycząca dzieci, ich pracy, ich zachowania, ich edukacji. To nie był marketingowy newsletter ani opis produktu. To był kontakt szkoły z rodziną.

Pomyślałam wtedy o wszystkich sytuacjach, w których dzieci słyszą: „Pracę domową musisz napisać samodzielnie”, „Nie wolno korzystać z gotowych odpowiedzi”, „Ściąganie jest nieuczciwe”. Jak mam wytłumaczyć dziecku, że ono musi się starać, skoro dorosły autorytet najwyraźniej nie widzi problemu w pójściu na skróty? Jak mam wymagać od dziecka wysiłku, skoro nauczycielce „nie chce się” napisać kilku zdań od siebie?

Autorytet buduje się słowem, nie algorytmem

Najbardziej zabolało mnie to, że ta wiadomość była chłodna, bezosobowa, pozbawiona jakiegokolwiek ludzkiego tonu. Jakby ktoś wkleił prompt i skopiował odpowiedź bez zastanowienia. A przecież szkoła to nie tylko program nauczania, ale też relacje. Zaufanie. Poczucie, że po drugiej stronie jest człowiek, który zna moje dziecko, widzi je i rozumie.

Nie oczekuję poezji ani rozbudowanych wywodów. Wystarczyłoby kilka prostych zdań napisanych własnymi słowami. Takich, za które ktoś bierze odpowiedzialność. Tymczasem dostałam komunikat, który mógłby trafić do setki innych rodziców, w innych szkołach, w innych miastach. Bez twarzy, bez emocji, bez zaangażowania.

Zaczęłam się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim jest granica. Skoro dziś sztuczna inteligencja pisze wiadomości do rodziców, to jutro co będzie następne? Opinie o dzieciach? Uwagi wychowawcze? A może komentarze do sprawdzianów?

nauczycielka
Zdaniem matki zmęczenie nie usprawiedliwia nauczycielki, fot. AdobeStock/Robert Peak

Jak mam wymagać od dziecka samodzielności?

Najtrudniejsze w tej sytuacji jest dla mnie to, że szkoła wysyła do mnie sprzeczne komunikaty. Z jednej strony wymaga ode mnie, jako matki, żebym pilnowała, czy dziecko nie korzysta z niedozwolonych narzędzi, czy odrabia prace samodzielnie, czy uczy się uczciwości. Z drugiej strony sama pokazuje, że można iść na skróty, bo „tak jest szybciej”.

Nie chcę demonizować technologii. Rozumiem, że może pomagać, inspirować, ułatwiać pracę. Ale jest ogromna różnica między pomocą a zastępowaniem własnego wysiłku. Szczególnie wtedy, gdy jest się osobą, która ma wychowywać, uczyć i być wzorem.

Jola


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: „Mam troje dzieci i nie pracuję, teściowa nazwała mnie pasożytem. Odpowiedziałam jej tak, że usiadła”

Reklama
Reklama
Reklama