Reklama

Kiedy rodzic staje się menedżerem emocji

Piszę ten tekst jako mama siedmioletniej córki i obserwatorka własnych codziennych potyczek wychowawczych. W pewnym momencie uświadomiłam sobie coś niepokojącego – zaczęłam się bać reakcji mojego dziecka.

Bałam się płaczu w sklepie, napadów złości, strzelania fochów po słowie „nie”. Niby chcieliśmy nowego modelu rodzicielstwa – opartego na głębokim zrozumieniu, na rozmowie – ale gdzieś po drodze wielu z nas zaczęło traktować każde dziecko jak równorzędnego partnera w negocjacjach.

Zamiast stawiać granice, tłumaczymy, usprawiedliwiamy, uciekamy przed konfliktem. Nie dlatego, że nie chcemy być konsekwentni – często wręcz przeciwnie. Jesteśmy tak wyedukowani i tak świadomi, że nie chcemy zranić, sprawić przykrości. Boimy się usłyszeć „nienawidzę cię” albo „nie będę z tobą rozmawiać”. I tak, z tych dobrych intencji, rodzi się strach, że własne dziecko może nas „odrzucić” albo „obrazić się” na zawsze… choć ma dopiero kilka lat.

Granice to bezpieczny płot

Kiedy mówię „nie” mojej córce – czy to w kwestii słodyczy, czy kolejnej godziny przy ekranie – często czuję w sobie opór. Boję się jej reakcji bardziej niż kiedyś. I wiem, że to nie tylko moja słabość. To efekt kultury wychowywania, w której emocje dziecka stały się najważniejszym kompasem, a milczenie wobec frustracji traktujemy jako „świadome rodzicielstwo”.

Tymczasem dzieci nie czują się bezpiecznie wtedy, gdy mogą wszystko. Czują się bezpieczne, kiedy wiedzą, że jest ktoś, kto stoi obok, twardo pilnuje granicy i mówi: „Widzę, że się złościsz, ale tej decyzji nie zmienię”. Takie zasady dają poczucie stabilności – znacznie bardziej niż brak reguł.

Nie chodzi o powrót do autorytaryzmu z lat 80. czy 90., którego wielu z nas doświadczyło w dzieciństwie. Chodzi o zaufanie sobie jako rodzicom – o to, że potrafimy powiedzieć „nie” nawet wtedy, gdy serce podpowiada „zmięknij”. Dziecko, które zna granice i nauczy się z nimi żyć, będzie w przyszłości silniejsze niż to, które zawsze dostaje to, czego chce.

Dlaczego oddajemy dzieciom władzę?

Wielu z nas wychowywało się w rodzinach, gdzie granice znaczyły kontrolę albo chłód. Gdzie miłość mierzono przez posłuszeństwo, a emocje były zepchnięte w kąt. Teraz próba naprawienia tych błędów doprowadziła do innego ekstremum – rodziców, którzy boją się niewygodnych emocji dzieci i wolą odpuścić, niż postawić granicę.

Oddając władzę emocjom, często oddajemy też odpowiedzialność – i to dziecku. A to przecież my, dorośli, powinniśmy być przewodnikami. Absolutnie nie mówię, że powinniśmy wrócić do kar czy metody kija i marchewki. Chodzi wyłącznie o to, że powinniśmy dzieci prowadzić między przeszkodami, a nie usuwać spod ich stóp każde ziarnko piasku.

Świadome rodzicielstwo nie polega na bezwarunkowym uleganiu. Polega na byciu obecnym, empatycznym – i jednocześnie zdecydowanym. To wymaga odwagi. Odwagi, by powiedzieć „nie”, nawet jeśli dziecko się obrazi. Odwagi, by być dorosłym nawet wtedy, gdy podręczniki mówią inaczej. Odwagi, by zaufać swojej intuicji – i nie bać się emocji, które pojawią się po drugiej stronie.

Zobacz także: Nie wychowuj małego despoty. Tych 5 zasad sprawi, że dziecko zacznie szanować granice

Reklama
Reklama
Reklama