Reklama

Piszę do Was, bo mam wrażenie, że wielu rodziców jest dziś w podobnej sytuacji, tylko niewielu ma odwagę powiedzieć to głośno.

Komunia jak wesele – kiedy to się wymknęło spod kontroli?

Kiedy byłam dzieckiem, komunia była skromna. Obiad w domu, ciasto upieczone przez mamę, może tort z cukierni. Nikt nie robił z tego wielkiego wydarzenia, a już na pewno nie konkursu na najdroższe przyjęcie.

Dziś to wygląda zupełnie inaczej. Wystarczy wejść na grupę klasową albo posłuchać rozmów pod szkołą. Jedni wynajmują salę, inni zamawiają dekoratorów, jeszcze inni organizują animatorów, fotobudki, a nawet… dmuchane zamki.

Początkowo mówiłam sobie: „Nie dam się w to wciągnąć”. Ale im bliżej do komunii mojego syna, tym bardziej czułam, że zostajemy w tyle.

„Nie chcemy, żeby nasze dziecko było gorsze”

Najgorsze było to jedno zdanie, które padło między mną a mężem: „Nie chcemy, żeby on czuł się gorszy”.

Bo przecież dzieci rozmawiają. Porównują. Wiedzą, kto miał DJ-a, kto miał atrakcje, a kto „tylko obiad”. I choć bardzo chciałam wychować syna w przekonaniu, że to nie ma znaczenia, sama zaczęłam w to wątpić.

Zaczęło się niewinnie – od wynajęcia sali. Potem doszły kolejne plany: dekoracje, tort „jak z Instagrama”, a na końcu… DJ i dmuchany zamek, bo „inne dzieci też będą miały”.

W pewnym momencie usiedliśmy z mężem i policzyliśmy wszystko. Kwota nas przeraziła. I wtedy padła decyzja, której nigdy się po sobie nie spodziewałam: wzięliśmy mały kredyt.

Do dziś brzmi to dla mnie absurdalnie.

Cena, której nie widać na zdjęciach

Na zdjęciach wszystko będzie wyglądać pięknie. Uśmiechnięte dziecko, elegancka sala, goście, muzyka. Tylko nikt nie będzie widział tego, co było wcześniej. Tego stresu, liczenia każdej złotówki, kłótni o to, czy naprawdę tego potrzebujemy.

Najgorsze jest to, że wiem jedno: gdybym miała podjąć tę decyzję jeszcze raz, pewnie znów zrobiłabym to samo. Bo presja jest ogromna. I nie chodzi tylko o dzieci, ale też o nas – dorosłych, którzy nie chcą odstawać.

Dlatego piszę ten list. Może ktoś przeczyta i pomyśli: „Nie muszę”. Może ktoś zatrzyma się na chwilę i zrobi komunię taką, jaką naprawdę chce, a nie taką, jakiej oczekują inni.

Ja dziś wiem jedno – najdroższe w tej całej historii wcale nie są dekoracje ani DJ. Tylko spokój, który gdzieś po drodze zgubiliśmy.

Ania


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Córka wróciła od koleżanki głodna. „Ciocia powiedziała, że dla mnie nie starczyło już spaghetti”

Reklama
Reklama
Reklama