Zaczęłam medytować o 5 rano. Wróciłam do łóżka o 5 po południu
Miało być spokojniej, uważniej i lepiej. Jedna decyzja, jedno wczesne wstawanie i nowy rozdział dbania o siebie. Rzeczywistość rodzinna szybko zweryfikowała ten plan.

Plan idealny, jak z poradnika
Pomysł pojawił się wieczorem, tuż po tym, jak dzieci w końcu zasnęły, a w domu zapadła cisza. Czytałam kolejny artykuł o tym, że wstawanie o piątej rano zmienia życie. Że to czas tylko dla siebie, bez hałasu, bez potrzeb innych ludzi, bez presji. Medytacja, cisza, oddech. Idealny początek dnia.
Pomyślałam, że spróbuję. W końcu tyle się mówi o tym, że matki powinny dbać o siebie. Nastawiłam budzik, przygotowałam koc i postanowiłam, że to będzie mój moment.
Piąta rano kontra dom pełen ludzi
Obudziłam się punktualnie. Dom był cichy, dzieci spały, partner jeszcze nie wstał. Usiadłam na macie w salonie i przez chwilę naprawdę było tak, jak obiecywały poradniki. Cisza, skupienie, oddech.
Trwało to dokładnie kilka minut. Najpierw usłyszałam wiercenie się w pokoju dziecka. Potem kroki. Pojawiło się pytanie o śniadanie. Chwilę później kolejne dziecko obudziło się z pretensją, że jest za wcześnie. Medytacja zamieniła się w negocjacje.
Rodzinny poranek w pełnej krasie
Od tej chwili dzień potoczył się już swoim zwykłym rytmem. Śniadania, ubieranie, przypominanie, gdzie jest plecak i dlaczego nie można dziś założyć tej bluzy. Partner wyszedł do pracy, dzieci do szkoły, a ja zostałam z poczuciem, że mój „czas dla siebie” rozpuścił się w logistyce poranka.
Obiecywałam sobie, że wrócę do medytacji później. Po południu. Wieczorem. Gdy tylko będzie chwila.
Czas dla siebie, który ciągle ucieka
Po południu odebrałam dzieci, zrobiłam obiad, odrobiłyśmy lekcje. Ktoś się pokłócił, ktoś się rozpłakał, ktoś potrzebował pomocy. Pomiędzy jednym a drugim pomyślałam, że może jednak ten pomysł z piątą rano był przesadzony.
Czułam zmęczenie zupełnie inne niż zwykle. Takie, które przychodzi, gdy próbujesz być lepszą wersją siebie bez wyjęcia z równania całej reszty świata.
Powrót do łóżka
O piątej po południu usiadłam na łóżku „na chwilę”. Tylko żeby odetchnąć. Zamknęłam oczy i obudziłam się kilkadziesiąt minut później. Bez medytacji, bez afirmacji, za to z poczuciem, że moje ciało dokładnie wiedziało, czego potrzebuje.
To nie był duchowy reset. To był zwykły, fizyczny odpoczynek.
Nie każda metoda pasuje do rodzinnego życia
Wieczorem pomyślałam, że problem nie leży w medytacji. Leży w przekonaniu, że każda metoda dbania o siebie da się wpasować w życie rodzinne bez konsekwencji. Że wystarczy chcieć bardziej, wstać wcześniej i lepiej się zorganizować.
Rodzina nie działa jak poradnik. Dzieci nie wiedzą, że mama właśnie „pracuje nad sobą”. One po prostu potrzebują.
Czego naprawdę mnie to nauczyło
Tego dnia nie zostałam lepszą wersją siebie. Zostałam bardziej zmęczoną. Ale też bardziej szczerą wobec siebie. Zrozumiałam, że dbanie o siebie w rodzinie nie zawsze wygląda ładnie. Czasem to nie mata i cisza, tylko powrót do łóżka w środku dnia.
Nie wstałam następnego dnia o piątej rano. Za to przestałam mieć pretensje do siebie, że nie potrafię żyć jak z poradnika.
Bo w domu, w którym są dzieci, najważniejszą praktyką bywa zwykły sen.