Reklama

Siedziałam przy biurku, przeglądając kolejną listę rzeczy do zrobienia: prezent dla nauczycielki, paczka dla klasy, ciasto na wigilię w pracy. I wtedy zadzwonił telefon. „Dzień dobry, tu wychowawczyni Leny. Chciałam tylko zapytać, czy wszystko w porządku… Bo Lena powiedziała dziś, że w waszym domu nie ma świąt”.

Zamilkłam. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo przecież w naszym domu są święta – tylko takie po cichu. Bez światełek w oknach, bez wielkich zakupów i gorączki. Ale czy dziecko może to zrozumieć?

Kiedyś święta były inne

Pamiętam, jak sama byłam dzieckiem. W grudniu w domu pachniało cynamonem, mama zawsze śpiewała kolędy, tata przynosił choinkę, a my czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę. Było biednie, ale ciepło. Dziś mam wrażenie, że święta zmieniły się w wyścig. Kto ma ładniejszy stół, kto więcej prezentów, kto zrobi 12 potraw.

W tym roku po prostu nie miałam siły. Po pracy, obowiązkach, codziennym ogarnianiu – marzyłam tylko o ciszy. Nie o kolędach z głośników, nie o błyszczących centrach handlowych, tylko o spokoju. Ale dla dziecka cisza to nie magia. Dla dziecka święta bez dekoracji, zapachu mandarynek i migających lampek to… brak świąt.

„Pani córka wydawała się smutna”

– Lena była dziś wycofana, mówiła, że nie będziecie mieli choinki – powiedziała wychowawczyni łagodnie. – Może coś się dzieje?

Chciałam odpowiedzieć, że wszystko w porządku, że po prostu nie mam czasu, że jeszcze kupię drzewko, że po prostu jestem zmęczona. Ale w środku czułam coś innego. Wstyd. Bo czy to możliwe, że w pogoni za obowiązkami naprawdę zgubiłam to, co najważniejsze?

Wieczorem spojrzałam na córkę, jak leżała z książką pod kocem.
– Słyszałam, że powiedziałaś pani, że nie mamy świąt.
– Bo nie mamy – odpowiedziała spokojnie. – W domu nic nie pachnie świętami. I nie śpiewasz jak kiedyś.

Te słowa uderzyły mocniej niż cokolwiek innego.

Święta, które zaczynają się od oddechu

Nie poszłam tego dnia do sklepu. Nie zaczęłam szukać lampek ani obrusów. Po prostu zapaliłam świeczkę, zrobiłam kakao i usiadłyśmy razem przy stole.
– To może narysujemy sobie nasze święta? – zaproponowałam.

Rysowałyśmy długo: dom, drzewko, serce, w środku my dwie. Nie było idealnie. Ale było prawdziwie. Wtedy zrozumiałam, że święta nie zaczynają się od zakupów, tylko od oddechu. Od chwili, gdy przestajemy się spieszyć i znowu patrzymy na siebie z czułością.

Dzieci przypominają nam, co ważne

Lena tego nie wiedziała, ale tamtego dnia uratowała nasze święta. Jednym zdaniem. Tym, które bolało, ale też obudziło coś, co prawie we mnie zasnęło. Bo dzieci mają dar widzenia rzeczy takimi, jakie są. Bez udawania, bez filtrów. I może właśnie dlatego potrafią przywrócić sens w chwilach, kiedy dorośli go tracą.

Nie wiem, jakie będą te święta. Może skromne. Może wciąż trochę smutne. Ale wiem jedno – w tym roku naprawdę będą. Bo w domu znów pachnie ciepłem, a na stole stoi kubek z kakao i rysunek z sercem. I chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi.

Reklama
Reklama
Reklama