Zadzwoniła z przedszkola do rodzica 3-latki: „Niech Pani nie dzwoni z takimi bzdetami”
Do dziś mam w głowie słowa, które usłyszałam przez telefon. Zadzwoniłam tylko dlatego, że dziecko źle się poczuło, ale reakcja mamy tej dziewczynki kompletnie mnie zaskoczyła.

Szanowna Redakcjo, pracuję w przedszkolu od kilkunastu lat i widziałam naprawdę wiele. Płacz przy rozstaniu, pierwsze przyjaźnie, dziecięce kłótnie o zabawki, choroby, gorączki, a nawet nagłe wypadki. Zawsze jednak miałam poczucie, że w takich momentach rodzic i nauczyciel stoją po tej samej stronie. Że chodzi nam o dobro dziecka.
Kilka dni temu wydarzyło się jednak coś, co bardzo mnie poruszyło. I szczerze mówiąc – do dziś nie mogę przestać o tym myśleć.
Telefon do mamy, który mnie zasmucił
Był zwyczajny przedszkolny dzień. Dzieci jadły drugie śniadanie, potem bawiliśmy się w sali. Nagle jedna z dziewczynek – ma zaledwie trzy lata – zaczęła wyglądać bardzo blado. Usiadła na dywanie i powiedziała, że boli ją brzuszek.
Po chwili zwymiotowała.
Zareagowałyśmy od razu. Posprzątałyśmy, uspokoiłyśmy dziecko, podałyśmy wodę, posadziłyśmy ją w spokojnym miejscu. Dziewczynka była zmęczona i wyraźnie osłabiona.
W takich sytuacjach procedura jest jasna – dzwonimy do rodzica.
Zadzwoniłam więc do mamy.
Powiedziałam spokojnie, że córka wymiotowała i że dobrze byłoby ją odebrać z przedszkola. Dodałam, że prawdopodobnie coś jej zaszkodziło albo zaczyna się infekcja i najlepiej, żeby odpoczęła w domu.
I wtedy usłyszałam w słuchawce zdanie, które naprawdę mnie zaskoczyło.
Mama odpowiedziała:
„Ale skoro już zwymiotowała, to pewnie jej przeszło. Niech pani nie dzwoni z takimi bzdetami. Ja mam teraz bardzo dużo pracy”.
„Nie mogę teraz przyjechać”
Przez chwilę myślałam, że źle zrozumiałam.
Spróbowałam jeszcze raz spokojnie wyjaśnić sytuację. Powiedziałam, że dziecko jest osłabione i że w przedszkolu mamy ponad dwadzieścioro innych dzieci, więc trudno zapewnić jej taką opiekę, jakiej teraz potrzebuje.
Usłyszałam tylko:
„Nie dam rady teraz przyjechać. Proszę ją położyć, niech się prześpi.”
Szczerze mówiąc, zaniemówiłam. Rozumiem, że rodzice pracują. Rozumiem, że nie zawsze można wyjść z biura w tej samej chwili. Ale mówimy o trzyletnim dziecku. O małej dziewczynce, która właśnie zwymiotowała i wyglądała na bardzo zmęczoną.
Kiedy w końcu mama przyjechała – ponad dwie godziny później – dziewczynka spała na materacu w naszej sali. Była blada i słaba.
Mama weszła, ubrała ją i powiedziała tylko: „No widzisz, przespałaś się i już wszystko w porządku”.
A ja stałam obok i naprawdę nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

Przedszkole to nie przechowalnia
Chciałabym, żeby rodzice zrozumieli jedną bardzo ważną rzecz. Przedszkole nie jest przechowalnią dzieci.
Naprawdę robimy wszystko, żeby maluchy czuły się u nas bezpiecznie i dobrze. Pocieszamy je, kiedy płaczą, uczymy je mówić „proszę” i „dziękuję”, pomagamy się ubrać, sprzątamy po wypadkach, opatrujemy zdarte kolana.
Ale kiedy dziecko choruje – ono potrzebuje rodzica.
Nie nauczycielki. Nie sali pełnej dzieci. Nie materaca w kącie. Tylko mamy albo taty.
Czasem mam wrażenie, że dorośli zapominają, jak małe są te dzieci. Trzy lata to naprawdę niewiele. W takim wieku świat bywa przerażający nawet wtedy, gdy wszystko jest w porządku.
A co dopiero wtedy, gdy boli brzuch i jest się daleko od domu.
Dlatego kiedy słyszę w telefonie, że wymioty trzylatki to „bzdety”, naprawdę robi mi się smutno. Bo dla mnie to nie są bzdety. Dla mnie to dziecko, które potrzebuje pomocy.
I właśnie dlatego zawsze będę dzwonić.
ciocia Kinga
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Nauczycielka: „Rodzice zapominają o najważniejszym. Niektórzy czekają przed przedszkolem o 6:45”