Reklama

Zaczęło się niewinnie. Kilka minut ciszy, dziecko zajęte tabletem, zwykłe popołudnie jakich wiele. A potem jedno spojrzenie przez ramię – i obraz, który nie daje spokoju.

„Myślałam, że gra w coś dla dzieci. Kolorowa grafika, jakieś postacie, nic nie wzbudzało moich podejrzeń” – pisze mama w liście do naszej redakcji. „Dopiero kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam szczegóły. I to było przerażające”.

To kolejny sygnał, który wpisuje się w coś, co obserwuję od dłuższego czasu – dziecięcy świat online coraz częściej wymyka się spod kontroli dorosłych.

„To nie była gra dla dzieci”

Autorka listu opisuje sytuację bardzo konkretnie. Jej kilkuletni syn grał w grę, która na pierwszy rzut oka wyglądała niewinnie. Kolory, prosta forma, dynamiczna akcja.

Ale treść była zupełnie inna.

„Postacie wyglądały jak z bajki, ale robiły rzeczy, których nie chciałabym widzieć nawet w filmie dla dorosłych” – czytamy. „To popularna platforma z grami, myślałam, że jest bezpieczna. Niestety twórcy tych gier chyba niekoniecznie mają dobre intencje”.

Mama przyznaje, że przez chwilę nie wiedziała, jak zareagować. Z jednej strony złość, z drugiej – poczucie winy.

„Pozwoliłam mu na ten tablet. Byłam obok, a jednak niczego nie zauważyłam”.

Przyznam, że kiedy czytałam ten fragment, miałam przed oczami wiele podobnych sytuacji z własnego domu. Ten moment, kiedy dziecko jest „tuż obok”, a jednocześnie w zupełnie innym świecie.

Cyfrowa rzeczywistość dzieci

To, co najbardziej uderza w tym liście, to nie sama gra. To poczucie, jak łatwo dzieci trafiają na treści, które nie są dla nich przeznaczone.

„On powiedział, że kolega mu pokazał. Że wszyscy w to grają” – pisze mama.

I to zdanie, które wraca jak echo: „Mamo, to tylko gra”. Z perspektywy dziecka – rozrywka. Z perspektywy dorosłego – coś, co budzi niepokój.

Z własnego doświadczenia wiem, jak łatwo zlekceważyć te sygnały. „Przecież to tylko ekran”, „Wszyscy tak mają”, „To normalne”. A potem przychodzi moment, który zatrzymuje nas na dłużej.

gry dla dzieci
Dzieci łatwo trafiają na treści, które nie są dla nich przeznaczone, fot. AdobeStock/djile

„Nie wiedziałam, od czego zacząć”

Najbardziej poruszający fragment listu dotyczy tego, co wydarzyło się później.

„Wyłączyłam tablet. Zaczęłam tłumaczyć, że to nie jest odpowiednie. Ale on patrzył na mnie zdziwiony. Jakby nie rozumiał, o co chodzi” – pisze mama.

I dodaje coś, co – moim zdaniem – jest kluczowe: „Zdałam sobie sprawę, że nie rozmawialiśmy o tym wcześniej. Zakładałam, że wie”.

To zdanie zostaje ze mną na długo. Bo często zakładamy, że dzieci „same wiedzą”. Że coś jest oczywiste. Że rozróżnią dobro od zła, fikcję od rzeczywistości. Tymczasem ich świat wygląda inaczej.

Ten list nie jest o jednej grze. Jest o czymś znacznie szerszym – o naszej obecności, uważności i granicach, które w cyfrowym świecie łatwo się rozmywają.

Nie chodzi o to, żeby zabrać dzieciom technologię. Chodzi o to, żeby być obok. Zainteresować się, zapytać, czasem po prostu spojrzeć przez ramię.

Bo jak pokazuje ta historia – jeden taki moment może zmienić naprawdę dużo.


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: Zapasy rodziców z nauczycielami to nowy sport narodowy. Wiadomość z Librusa jeży włos na głowie

Reklama
Reklama
Reklama